sobota, 25 czerwca 2016

5. Some kind of demon

- Jamie! – krzyczał już któryś raz Tuck, gdy razem z dwoma Michaelami stał pod starą kamienicą. W mieszkaniu Mathiasa paliło sie światło.
- Nie chciał wpaść na Jam Session! Uważaj bo na sabat wampirów go wyciągniesz – rzekł Moose do kumpla.
- Jamie Mathias, złaź w tej chwili na dół! – wydarł sie znów Matt. Jednak, ze skutkiem. W oknie pojawiła sie postać.
Była to... średniej urody barmanka. Do tego w staniku i z nieuczesanymi włosami.
- Nie ma czasu, pierdoły jedne!! – Gisele krzyknęła z wściekłością i z impetem zasunęła zasłony.
Przyjaciele zamilkli. Każdy już chyba wiedział że Jamie do nich nie dołączy.
Matt rechotał, patrząc spod kaptura na swoich towarzyszy.
- Niech mnie ktoś uderzy bo nie wierze... – wypowiedział te słowa, tłumiąc śmiech.
- Mówił że z nią gra ale tego bym sie nie spodziewał – dodał Padge, gdy odchodzili spod budynku. Szli dróżką prowadzącą w las.
- Moose, sory że to mówie ale twoja chata wygląda gorzej niż lokal Jenny – Matt objął przyjaciela ramieniem, gdy mijali stary magazyn. W czasach wojny był to skład broni – teraz zamieszkuje tu Moosie.
Budynek z czerwonej cegły, schowany pod siatką maskującą której nikt stąd  nie zabrał od czasu zakończenia powstania na Pandemonium. Okna są powybijane, dach miejscami przecieka, brak prądu i ciepłej wody... A jednak Moose mieszka tu od kilku lat. Pomieszkiwał, wiadomo, z Jenną ale jak widać skonczyło sie to inaczej niż wróżyli mu znajomi. Miał być szczęśliwym wilkiem u boku czarownicy a został tylko bezdomnym kundlem, jak mówi Jenna.
- Nie mów mi o niej, prosze cie... – westchnął Michael z flustracją – Narawde mam dosyć związków na najbliższe kilka tygodni.
- Idziemy w sumie na impreze, może coś sie trafi – zaśmiał sie Padge.
- Nooo.... Jakaś wytatuowana czarnulka która w Pełnie obrasta w sierść. Idealny typ, Moose! – Matt śmiał sie głośniej gdyż byli już bllisko. W miejscu gdzie kończyła sie droga, wyłaniał sie blask ogniska. Ogromnego ogniska,nawet stosem można to nazwać.
Wokół płomieni, tłoczyli sie mroczni Bezduszni. Tak nazywa sie nadnaturalnych mieszkańców Pandemonium.  Jednak, ci dosłownie nie mieli dusz. Serc, nie znali pojęcia Dobra. Byli tymi Mrocznymi, tym określeniem mianuje sie takich ludzi.
- Dobra, nie zgubcie sie – powiedział Matt gdy wtapiali sie w tłum. Dało sie tu wyczuć negatywną energię, która sprawiała że każdy z nich minał sie na baczności. Nie byli tu mile widziani.
- Moose, możesz zacząć szukać sobie dupy. Nawet Jamiemu sie udało  - zaśmiał sie Matt, nie słysząc jednak odpowiedzi.
- No, Michael... – skomlał dalej, chcąc sie troche powygłupiać – No zobacz ile tu panien.
- Odpierdol sie, dobra?! – krzyknął Michael zdenerwowany. Szedł plecami do Matta, teraz mierzył go srogim spojrzeniem.
- A tobie co? – Matt zapytał, nie mając świadomości jakie piekło zaraz rozpęta.
- Bo mam kurwa dosyć twojego podgadywania! – Nieoczekiwanie, Moose rzucił sie na Matt w locie przybierając postać włochatego stwora.
Gdy tylko wilk zawarczał, spojrzenia stojących w pobliżu postaci skierowały sie na walczących.
- Mieliśmy nie zwracać uwagi – pomyślał Padget, stojąc obok. Palił tylko szluga, nie chcąc sie angażować.  Przecież nie chciał wpaść w szpony nieokiełznanego wilka, jakim jest Moose.
Moose kłapał szczękami, chcąc ugryźć twarz Matt który nie zdążył sie przemienić. Leżał na piachu, przygnieciony potężnym wilczyskiem.
Osłaniając sie ramieniem, próbował zepchnąć Moosa z siebie. Ten jednak był silniejszy i uskoczył tylko w bok. Gdy Matt zdołał kucnął, ten znów go zaatakował.
- Kurwa, chłopaki! – Michael wyrzucił papierosa i szybko, stał sie wilkiem tej samej postury co Moose.
Dobił pyskiem do drugiego, rzucając sie na niego. Moose cofnął sie, schodząc z Matta i siłując sie głową z Michaelem.
- To pięknie... – myślał przerażony Matt, otrzepując swoją skórzaną kurtke. Wszyscy patrzyli na tą scene z wrogością w oczach.
Wilki skończyły potyczke, nie wiadomo kto sie poddał. Oddalili sie od siebie, warcząc coś cicho.
- Chłopaki, mamy problem... – westchnął Tuck gdy jego przyjaciele już zauważyli obrót sytuacji.
Michael Thomas podszedł do Matta i spojrzal na niego wściekle, jednak po chwili wszyscy trzej obejrzeli się wokół. Mroczni mieli zamiar ich zaatakować, już wyczuli obcych wśród swojego zgromadzenia.
- Spierdalamy – powiedział Matt szybko w myślach.  Jak batem strzelił, trójka bohaterów ruszyła biegiem w kierunku drogi którą tu przyszli. Jak sie domyślano, większość mrocznych ruszyła za nimi.
Najszybciej biegły wilki, Matt człowiekiem gonił za nimi pozostając w tyle.
Szczęśliwie, dwaj zniknęli w głębi lasu.
Matt już zbliżał się do równej drogi, gdy został złapany przez wyższego od siebie chłopaka za ramię.
Tamten przewrócił go.
Tuck szybko wstał z zamiarem gonienia na oślep, byle najdalej stąd. Był niestety, otoczony przez obcych sobie ludzi.
Nie miał dzisiaj w planach zginąć.
Cała jego odwaga, nagle gdzieś znikneła. Stał tylko, przyglądając sie facetowi który przewrócił go na ziemię.
Był od niego wyższy, znacznie. Bardziej umięśniony i napewno budził respekt. Wydawało sie nawet że jest tu przywódcą.
Miał na sobie ciemne okulary, kurtkę ze skóry i uwydatniający umięśnione ciało podkoszulek dobrany do ciemnych dżinsów i butów.  Irokez błyszczał nad wysokim, zmarszczonym  czołem.
Matt doszedł do wniosku że ten gość nie wygląda na dobrego i takiego z którym warto zadzierać.
- Daleko sie zapuściłeś, Tuck – powiedział grubym głosem.
- Nie miałem zamiaru psuć imprezy – powiedział Matt. Tylko to mu przyszło do głowy.
- He... czy to nie przypadek że tu sie spotykamy? – Mężczyzna zbliżył sie do Matta i zdjął okulary. Ukazały sie jego oczy. Miał źrenice w odcieniu przepaści, ciemności która zapewne nim władała.
- Co tu robisz? – zapytał stanowczo.
-  Nic, przechodziłem tylko i wpadłem na chwile – powiedział chłopak na jednym oddechu. Dotychczas uważał sie za walecznego i niezłomnego. Właśnie przekonał sie że gdy strach przejmuje kontrolę, wszystkie wartości i emocje nikną.
- Pierdolisz, nie można przypadkiem trafić na zlot Mrocznych. Będąc w dodatku zwykłym, słabym adletem – wycedził wyższy. Spuścił wściekły wzrok z niewinnych oczu Matta i wyprostował sie.
- Wyjazd kundu. I żebym cie tu więcej nie widział – palnął, każac swoim towarzyszom sie odsunąć.
„Droga wolna, Matt. Szybko stamtąd odejdź”
Tak podpowiadały mu myśli, jednak chłopak czuł  że coś przeoczył. Odwrócił się, robiąc kilka kroków w kierunku drogi. Ale musiał o coś jeszcze zapytać.
- Skąd ty mnie znasz? – Matt odwrócił głowę do nowopoznanego Mrocznego.
- Znam wielu ludzi, Tuck. Nie wnikaj – rzucił na szybko i zabrał swoich ludzi, oddalając sie.
Matt spojrzał na tego typka jeszcze raz. Nie miał pojęcia co sie właściwie stało, ale dziwna myśl podpowiadała mu że nie wraca z tej imprezy na pusto.
Spotkał Moosa i Padge’a obok magazynu.
- Co sie stało? – zapytał Moose. Poważnie?
- Nagle cie to obchodzi? Zginąłbym przez ciebie, matole! – Matt chciał pchnąć Michaela, jedak starszy brat go powstrzymał.
- Było nie zaczynać!
- Ogarnijcie sie, do kurwy – powiedział Padget – Matt, co sie tam stało? Walisz jakimś dziwnym smrodem.
- Nie mam pojęcia, stało sie coś dziwnego. Spotkałem faceta, demon chyba jakiś... Przynajmniej tak wyglądał.
- Jaki facet? Mówił coś?
- Znał mnie skądś ale ja go nie. To może być jakiś trop – powiedział Matt z entuzjazmem.
- Trop sie znalazł... To chodźmy tam po prostu – Michael zaczął iść w kierunku polany, gdy Matt złapał go za przedramie.
- Lepiej nie, sam mówiłeś żeby tam nie iść. I miałeś racje, bracie.
- Jak tam pójdziemy we trzech i go przyciśniemy to coś da może – Matt zauważył wolę walki w Michaelu, jednak nie mógł pozwolić bratu pójść na pewną śmierć.
Puścił Padge’a i skierował się w stronę miasta.
- Wracamy do domu, niczego sie dzisiaj nie dowiemy – mówił, narzucając kaptur na głowę. Zbliżała sie druga w nocy, naprawde nie miał już dzisiaj ochoty na szukanie demonów.
Moose poszedł do swojego baraku, Matt z Michaelem wrócili do siebie. Matthew czuł się naprawde wyczerpany więc od razu położył się. Gdy zasypiał, Padge jeszcze na chwilę zajrzał do jego pokoju.
- To nie mamy nic? – zapytał.
- Nie wiem, może Jamie będzie znał tego faceta. Zapytam go jutro, wiesz że z różnymi robi interesy.
- Aha... Wiem że walisz tym typem na kilometr a jego dziwna energia cie przesiąkła, nie wiem jak... Jakbyś miał psa to byś go wytropił – ostatnie zdanie dodał z sarkazmem i wyszedł, zamykając drzwi.
Tuck wiercił się chwile, nie mogąc zasnąć. Był zmęczony, choć sen nie przychodził.  Zaczął więc szukać rozwiązań.
Usłyszał w głowie słowa Michaela „Jakbyś miał psa to byś go wytropił”.
Tak, sam czuł że jego aura sie zmieniła.  Nabrała smrodu wampirów, demonów, nieczystej mocy i nieokreślonego zapachu który musi być identyfikatorem tamtego człowieka.
„ Jakbyś miał psa, Tuckey...”
...
- Kurwa! – Matt gwałtownie podniósł się i siadł na łóżku. Przecież żyje z wilkiem pod jednym dachem!
- Michael! – wydarł sie, wpadając do pokoju brata.
- Jest trzecia rano – powiedział w myślach, widząc śpiącego Padge’a.
- No, niestety, trzeba czekać do jutra – Matt wrócił do swojego pokoju. Spokój który odnalazł gdy wymyślił nowy plan, ukoił go do snu.
Rano obudził się z dziwnym entuzjazmem. Głośna muzyka Metalliki dobiegająca z salonu, dawałą mu energię by szybko sie ubrać i wyjść ze swojej nory.
Michael Padget... wiadomo w całym Pandemonium że jest zajebistym gitarzystą. Jednak, widzieć go rano gdy udaje Kirka Hammeta...
Łaził po kuchni ze szczotką i udawał że gra solo z The Day That Never Comes. Matt wyszedł ze swojego pokoju, przystając w progu. Oparty o framugę drzwi, stał tam śmiejąc sie pod nosem.
Padge, zatopiony w swoim świecie zauważył go dopiero po chwili. Ściszył lekko wieże i powitał Matta głośny „Siema Matty”.
- Siema Kirk Hammet, jak sie spało? – Tuck z zadziornym uśmieszkiem zabrał się za robienie kawy. Idąc do kuchni odłożył na blat paczkę fajek i zapalniczkę, wiedząc że zaraz je weźmie i wyjdzie ze swoim „śniadaniem” na taras.
- Nie pierdol, jakieś gówna mi sie śniły – sknął Padge.
- Tak, a mi niby różowe kucyki... Ten debil... widziałem go we śnie. I uwierz mi, nie było to fajne – Mówił, sypiąc kawę do białego kubka z dwoma gitarami.
- Tak wogóle, jutro jest pełnia. Okaże sie czy klątwa poszła sie jebać – powiedział Michael, rzucając Mattowi srogie spojrzenie.
- Poszła i nie wróci. I musze ci powiedzieć że jutrzejsza noc będzie pracowita – Matt mówiąc te słowa, podświadomie wyczuł jak skończy sie ta rozmowa. Michael był typem lenia któremu do szczęścia wystarczy gitara, piec i sześciopak Corony.
- Co masz na myśli? – Padge zaciekawiony, wstał z kanapy i podszedł do blatu na którym Matt szykował kawę.
No dalej Matt... zepsuj ten piękny poranek.
- NIE MA KURWA TAKIEJ OPCJI! – Padge wychodził za Mattem na tarsa, jakby ciskając piorunami we wszystko co sie da.
- Ale Padgee...
- NIE, POWIEDZIAŁEM! – Matt patrzył na Michaela. Ostatnio tak sie wściekał gdy pierwszy raz Mattowi odwaliło i musieli wyjść wcześniej z baru by przeklęty adlet nie rozszarpał gości.
- Daj spokój, kurwa! Może to jedyna szansa! – Matt upił łyk kawy. Domyślał że Michael sie wkurzy ale tego sie nie spodziewał.
- Kurwa, nie jestem jakimś pierdolonym Azorem czy Reksiem! Wilkołak a wilk to poza tym jakaś różnica...
-Pff, jaka?! – Matt parsknął i postanowił objąć inną taktyke – Wilkołaki są głupsze?!
- Nawet kurwa nie zaczynaj – Michael uniósł palec i w jego oczach zaczęły sie pojawiać błyski jakby eksplozji.
- Na to wychodzi...  – Matt odwrócił sie plecami do brata i oparł o barierkę. Znając ego Michaela, za chwilę zgodzi sie mu pomóc.
- Kurwa, Matt... nie dam rady. Musisz mieć silniejszego wilka, takiego który jara mniej niż ja i ma silniejsze zmysły – Padge właśnie stracił swoją godność. Przecież każdy wie że uważa sie za Alfe wśród wilków na wyspie.
Matt myślał chwilę, jednak szybko podjął decyzje.
- Takiego któremu palma odbija podczas pełni i wytropi ci sarne na milion kilometrów – powiedział, rzucając bratu uśmiech.
- Nie... Przecież prawie sie pozabijaliście wczoraj.
- Michael... Damy rade, emocje już opadły – Matt spojrzał na kubek z kawą, zastanawiając sie czy ten trop gdzieś ich zaprowadzi.
- Ale nie zapanujesz nad Moosem. Prędzej cie rozszarpie niż do niego podejdziesz – Michael wyrzucił ręce na boki, a Matt dobrze wiedział że starszy brat ma racje. Moose podczas pełni to maszyna do zabijania.

- Musimy dać rade, nie ma innej opcji – Chłopak westchnął czując że sprawa będzie trudniejsza niż przypuszczał. 

Cześć. No, poznaliśmy właśnie nowego bohatera. Niedługo w opowiadaniu zrobi sie o nim głośno. Zapraszam do czytania, komentowania i udostępniania tego opowiadania.
5 kom - next

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz