wtorek, 7 czerwca 2016

4. Hangover

Matt podniósł swoje wilcze JA z podłogi i usiadł na kanapie, obok Moose’a. Skinął pyskiem na Padge’a który od razu podał mu piwo i otworzył swoje. Matt zrobił to samo przy pomocy ostrych kłów.
A Jamie? Jamie siedział  obok kanapy, na miejscu gdzie pyrgnął go Matt gdy zmieniał postać. Mathias nie ruszył się tylko patrzył na kumpla z niedowierzaniem. Znał tajemnice swoich przyjaciół, tylko jeszcze nigdy nie widział Matta w formie Adleta.
Po chwili jednak, uśmiechnął sie szeroko.
- Jakieś monstrum pije piwo u mnie na kanapie, po prostu super! – zaśmiał sie, wstając. Następnie, skierował się do kuchni i po jakichś 10 minutach wrócił do salonu, niosąc talerz z kanapkami. Postawił go na stole i sięgnął po butelkę z podłogi.
- O czym ty mi Pagde mówiłeś przez telefon? – zagadnął, siadając między wilkiem a Michaelem. Jeszcze krępowała go obecność potwora pod jego dachem, lecz stopniowo dochodziło do niego że to coś obok niego to nadal Matthew Tuck.
- O klątwie – powiedział Michael i wziął łyk Budwaisera – Która ciąży na Mattcie.
- Klątwy, wilki... Gdzie ja kurwa żyje! – Jamie parsknął.
- W Pandemonium – odparł Michael Thomas z surowym wyrazem twarzy. Po chwili jednak wszyscy trzej zalewali sie śmiechem.
Owszem, na tej wyspie to normalne Żyje tu wiele stworów, których istnienia przeciętny człowiek nawet sobie nie wyobraża. Widział ktoś kiedyś Godzille? Albo dinozaury? Wiele podobnych zwierząt można spotkać w Pandemońskich lasach!
Z mieszkania Jamiego do późnej nocy słychać było rozmowy, krzyki, śmiechy a nawet warczenie wkurzonego zwierzaka gdy doszło do potyczki Matta z Padgem. Jednak, Padge nie uwolnił wtedy swojej dzikiej natury. Uznał, że dla Jamiego mogło to skończyć sie zawałem.
Nazajutrz, o 7 rano Matt otworzył zaspane oczy. Zapominając o wszystkim co rujnował mu życie, wstał rześki i wypoczęty.
Padł na podłodze w formie Adleta, teraz zaś już w swoim ciele, minął śpiącego na kanapie Michaela i udał się do łazienki. Nie zastanawiając sie nawet gdzie wcieło Moose’a.
Nie miał kaca ani nic. Czuł że żyje. Widać napoje magiczne Jenny czynią cuda.
W wyłożonej białymi, błyszczącymi kaflami łazience, Matt spełnił swoje poranne potrzeby, przemył twarz zimną wodą i jak zwykle rano spojrzał w swoje ciemne oczy.
- Jesteś tam jeszcze? – szepnął, wpatrując sie głęboko w tęczówki.
Żaden głos w jego głowie sie nie odezwał.
Matt czekał chwilę. Ani drgnął, dopóki nie był pewien że jest znowu zwykłym chłopakiem. Znaczy... gdy nie ma pełni ani nie uwolni Adleta.
Odsunął twarz od lustra, czując spadający z serca kamień. Był wolny.
Nikt nie docenia tak naprawde wolności. Dopóki jej nie straci ani nie zostanie opętany.
W drzwiach stanął nagle Jamie. Matt zauważył jego obecność, dopiero gy ten podskoczył, zdziwiony nieco.
- Matt? – Po głosie kumpla, Matt zauważyłl że Jamie napewno ma kaca.
- Ty sie Adleta spodziewałeś? – Matthew uśmiechnął sie zadziornie.
Jamie tylko coś mruknął i wypchnął Matta z łazienki, zamykając za sobą drzwi.
Tuck wrócił do salonu. Widząc że Michael sie budzi, klepnął go mocno w udo, siadając i impetem na drugim końcu kanapy.
- Żebyś ty widział minę Jamiego jak mnie zobaczył! – Śmiał się, udając Mathiasa. Musiał rozszerzyć oczy naprawde mocno.
Michael podzielał jego radość.
- Widziałeś Moose’a? – zapytał młodszy brat.
- Hmm... Nie mam pojęcia – wymruczał Padget, po czym Matt poznał że chłopak nie czuje sie za dobrze.
Siedzieli obok siebie, czekając aż gospodarz sie oporządzi i raczy przygotować jakieś śniadanie.
- Mam pomysł – szepnął zadowolony Matt, słysząc dźwięk otwieranych drzwi.
Jamie pojawił sie w salonie, mówiąc „Siema” do Padge’a.
- Cześć Jamie – odpowiedział Michael.
- A gdzie...?
- Nie wiemy – Matt nie dał Jamiemu dokończyć. Sytuacja była dziwna, Moose nigdy nie znikał tak sam z siebie. No... chociaż w Pełnię kilka razy sie zdarzyło ale jest 7 rano!
Matt uśmiechał sie głupio.
- Jamie, masz jakiś stek? – zapytał gdy ten zniknął w kuchni.
- Stek? – Ton Jamiego wyrażał zaskoczenie.
- Noo... Stek... – Matt z Michaelem patrzyli na siebie, śmiejąc sie pod nosem.
-Najlepiej surowy, Z sączącą sie krwią – dodał.
Cisza w kuchni sprawiła że Michael musiał stłumić śmiech.
- Serio chcesz stek? – odparł po chwili Jamie. Po odgłosach słychać było że na śniadanie proponował tylko kawę.
- Tak. Jeśli Adlet po przemianie nie zje steku może wpaść w szał. I nie pamiętam dobrze, ale tak samo chyba jest z wilkołakami.
- Ja pierdole...- Jamie wyglądał na zakłopotanego gdy szybko wyszedł z kuchni.
- A ty dokąd? – zapytał Matt widząc jak ich kumpel zbiera sie do wyjścia.
- Niedaleko jest knajpa, mają tam steki – odparł na jednym oddechu Mathias.
- Kurwa, Jamie – Matt wypowiedział te słowa i z durnym uśmieszkiem, właśnie zwątpił iż ten chłopak posiada mózg.
- What?
- Gówno... – Matt jąkał sie, udarzając pięścią w ścianę. Padge zwijał sie ze śmiechu na kanapie.
A Jamie stał, dopiero po dłuższym momencie załapując o co chodzi.
- Kurwa, ja was zabije! – dopadł do Matta, popychając go żarobliwie.
Przyjaciele wyszaleli się i usiedli na kanapie. Zaczęli pić kawę i rozmawiać.
- I już jest wszystko okej? – zapytał Jamie Matta.
- Tak, no mówie... Wstałem dzisiaj rano i czuje sie jak nowonarodzony. Ta maź smakowała ochydnie ale widać efekty jakieś ma – rzekł zadowolony Matt.
- Czyli  skończą sie krzyki niewiadomo skąd, bieganie przed siebie i rzucanie sie na przypadkowych ludzi? – zapytał Michael, chcąc sie upewnić że to koniec kłopotów jakie męczyły ich przez ostatnie czasy.
- Tak, raczej... – powiedział Matt, nie do końca pewny. Upił łyk kawy i odstawił kubek – Ej, Jamie. Wpadnij do nas wieczorem. Pogramy coś. Padgee napisał ostatnio jakiś nowy kawałek.
- Dzisiaj? Wiesz, dzisiaj nie moge. Mam pewne plany – odpowiedział Jamie.
- Aha, no... luz. Kiedy indziej – Matt spojrzał na brata – Skończyłeś?
Michael odstawił pusty kubek.
- No, Jamie. Zbierany sie, do kiedyś – Matt podał chłopakowi ręke, potem Michael. Po czym wyszli z mieszkania na oświetlone słońcem miasteczko.
- Ciekawe co on planuje... – Michael głośno myślał, odpalając papierosa.
Szli wolno, choć chodnik był pusty. Większość ludzi o tej porze była już w pracy. 
- Pewnie ruchanie jakiejś dupy. Jednorazowy wyskok, jak to Jamie – powiedział Matt. Stanęli na zakręcie. Matt oparł się plecami o ceglany budynek.
Michael też sie zatrzymał, jednak przez chwilę żaden z nich sie nie odezwał.
Ale wiedzieli o czym obaj myślą.
- Czujesz to? – zadał pytanie Pagde.
- Nie, stoje jak kołek bez powodu – odpysknął Matt, wyglądając za róg. Między dwoma budynkami biegła wąska uliczka. Z niej wyłaniała sie dziwna moc, która zaniepokoiła obu chłopaków.
- Kurwa, jakże by inaczej... – westchnął Tuck, po tym jak wychylił się zza rogu.
W ciemności dostrzegł zarys dwóch ludzi. Nie widział  ich twarzy, lecz zapach jaki wyczuł nie mógł go oszukać. Od razu poczuł, że ta sytuacja dobrze sie nie skończy.
Tamci, też wyczuli kłopoty. Twarz jednego z osobników zwróciła się w stronę Adleta i wilka.
Weszli w ciemność, gotowi stoczyć walkę z spotkanymi osobnikami.
Gdy się zbliżyli, rozpoznali Andy’ego Biersacka i Ashley Costello.
Andy podniósł się i stanął wyprostowany przed dwoma swomi wrogami. Jego twarz wyrażała pewność siebie. Czerwonowłosa zaś Ashley, kucała nad zwłokami człowieka. Denat miał na wierzchu wnętrzności a usta zarówno Ashley jak i Andego zdobiła ludzka krew.
- Znowu sie spotykamy – powiedział Andy, uśmiechając sie wrednie.
- To może być nasze ostatnie spotkanie. Czyście powariowali, jest środek dnia! – Ton Michaela nie należał do spokojnych.
- Spokojnie bracie, zaraz tego tu nie będzie. Odkąd bawicie sie w policje, jesteśmy ostrożniejsi – odparł Biersack, zniżając sie do swojej partnerki – Skarbie, musimy iść. Te psy nas tu nie chcą – ostatnie słowa dodał, jakby drwił.
- Nie jesteśmy psami. Jesteśmy twoją śmiercią, Biersack – powiedział Matt gniewnie.
- Ale ja już sie zmywam Tuckey – Andy uśmiechnął się, biorąc Ashley pod reke.
Matt wyczuł że w Michaelu wzbiera wściekłość.
„Nie warto, bracie”
Myśli Matta dotarły do Padge’a, ten uspokoił się i tylko spoglądał jak para wampirów sie oddala, cięgnąc za sobą zwłoki.
Na końcu uliczki znajował się właz do kanałów. Silny Andy uniósł go i puścił swoją dziewczynę przodem. Zanim sie ulotnił Matt krzyknął do niego.
- Tak wogóle, to było słabe!
- Co było słabe? – zdziwił sie wampir.
- Twoja klątwa. Możesz mnie i swoje demony w dupe pocałować! – Matt krzyknął, pokazaując chłopakowi  fucka.
- Nie wiem o czym mówisz, kundlu – Jednak, tamten zniknął w kanałach, zlewając całkowicie Matta. Zabrał ze sobą tylko martwego obywatela.
Tuck  parsknął i razem z bratem wyszedł z ciemności.
- Ale Jenna mówiła że to nie oni – stwierdził Pagde gdy szli już oświetloną słońcem ulicą. Dziękował Bogu że ich słońce nie pali i nie muszą w dzień przemieszczać sie ściekami.
- A kto inny? – Matt sie wzburzył, nie wierząc w słowa Michaela – Krasnoludki rzuciły klątwe. Tak, to napewno jakieś małe pierdolone skrzaty!
- Uspokój sie,Jenna sie nie myli.  Przynajmniej tak brzmiał jedyny komplement jaki Moose o niej powiedział.
- Nie może być, tylko Brides nas nienawidzą aż tak by zrobić takie świństwo – mówił Matt, gdy wiatr zawiewał jego  włosy na twarz.
- Pomyśl, kto jeszcze... – mruknął Michael.
- Nie mam pojęcia ale zabije drania – Matt przyrzekł zemstę za zmarnowane ostatnie miesiące swojego życia.
Gdy wrócili do domu, zasiadł na kanapie wodząc wzrokiem za Padgem który udał się do kuchni. Gdy wracali, pewna myśl zaświtała mu w głowie.
- Wiesz co – zaczął spokojnie Matthew – Mam pomysł jak znaleźć tego drania.
- Tego co rzucił na ciebie klątwe? Ciekawe jak -  Padge drwił, szukając czegoś w szafkach wiszących.
- Nie pierdol, dobra? Zabije skurwiela. Przez niego życie straciło kilka niewinnych osób i jedna sarna!
- Tak, bo niby nie mogłeś tego powstrzymać – rzucił Michael, odrywając sie na chwilę od swojego zajęcia. Spojrzał na Matta, jakby chciał mu coś wypomnieć – Kilka razy sie powstrzymałeś, dawałeś rade trzymać bestie na smyczy. A kilka innych raz... po prostu ci odwaliło.
Padget pił z butelki sok. Po kilku łykach oparł się ręką o oparcie kanapy. Matt z dołu na niego spojrzał.
- Jaki masz plan? – zapytał starszy.
- Znasz tą mordownie na zachód od meliny Moosa?
- Powtórze mu to jak przyjdzie – zaśmiał sie cicho Michael – Tak, znam. Różne dranie, włącznie z Biersackiem i jego cizią spotykają sie tam w piątkowe wieczory. Mów dalej – wyrażał zainteresowanie słowami Matta.
- Co jest dzisiaj? – powiedział Matt.
- Pią... – Michael rzucił Mattowi spojrzenie mówiące „Wchodze w to”, uśmiechając sie zadziornie.
Odstawił pustą szklaną butelkę na podłoge.
- A jeśli tam zginiemy? – dodał jednak po chwili – Nie wiesz jakie potwory tam można spotkać. Michael mi kiedyś opowiadał jak spać nie mógł przez jęki rozszarpywanych ofiar.
- Ofiar? – spytał Matt. Widać nie wiedział o wszystkim, nigdy nie pakował sie w takie akcje.
- No... Satanistów też tam można spotkać.  Palą tam różnych ludzi, z zemsty, albo z nudów po prostu.
- Sataniści mówisz... – powiedział cicho Matthew.
Zamilknął na chwilę, przyjmując  na twarz uśmieszek.
- Chcesz mnie straszyć pseudo-wyznawcami diabła?

Gdy to mówił, jego oczy przywdział odcień ognia a Michael już wiedział że  idą dzisiaj w nocy na Czarną Msze. 


Cześć. Podoba wam sie rozdział? W  następnym trochę sie porobi, spotkamy Mrocznych :)
Jeśli chcecie być informowani o nowych rozdziałach, zostawcie namiary w zakładce Informowani.
4 kom - next

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz