sobota, 25 czerwca 2016

5. Some kind of demon

- Jamie! – krzyczał już któryś raz Tuck, gdy razem z dwoma Michaelami stał pod starą kamienicą. W mieszkaniu Mathiasa paliło sie światło.
- Nie chciał wpaść na Jam Session! Uważaj bo na sabat wampirów go wyciągniesz – rzekł Moose do kumpla.
- Jamie Mathias, złaź w tej chwili na dół! – wydarł sie znów Matt. Jednak, ze skutkiem. W oknie pojawiła sie postać.
Była to... średniej urody barmanka. Do tego w staniku i z nieuczesanymi włosami.
- Nie ma czasu, pierdoły jedne!! – Gisele krzyknęła z wściekłością i z impetem zasunęła zasłony.
Przyjaciele zamilkli. Każdy już chyba wiedział że Jamie do nich nie dołączy.
Matt rechotał, patrząc spod kaptura na swoich towarzyszy.
- Niech mnie ktoś uderzy bo nie wierze... – wypowiedział te słowa, tłumiąc śmiech.
- Mówił że z nią gra ale tego bym sie nie spodziewał – dodał Padge, gdy odchodzili spod budynku. Szli dróżką prowadzącą w las.
- Moose, sory że to mówie ale twoja chata wygląda gorzej niż lokal Jenny – Matt objął przyjaciela ramieniem, gdy mijali stary magazyn. W czasach wojny był to skład broni – teraz zamieszkuje tu Moosie.
Budynek z czerwonej cegły, schowany pod siatką maskującą której nikt stąd  nie zabrał od czasu zakończenia powstania na Pandemonium. Okna są powybijane, dach miejscami przecieka, brak prądu i ciepłej wody... A jednak Moose mieszka tu od kilku lat. Pomieszkiwał, wiadomo, z Jenną ale jak widać skonczyło sie to inaczej niż wróżyli mu znajomi. Miał być szczęśliwym wilkiem u boku czarownicy a został tylko bezdomnym kundlem, jak mówi Jenna.
- Nie mów mi o niej, prosze cie... – westchnął Michael z flustracją – Narawde mam dosyć związków na najbliższe kilka tygodni.
- Idziemy w sumie na impreze, może coś sie trafi – zaśmiał sie Padge.
- Nooo.... Jakaś wytatuowana czarnulka która w Pełnie obrasta w sierść. Idealny typ, Moose! – Matt śmiał sie głośniej gdyż byli już bllisko. W miejscu gdzie kończyła sie droga, wyłaniał sie blask ogniska. Ogromnego ogniska,nawet stosem można to nazwać.
Wokół płomieni, tłoczyli sie mroczni Bezduszni. Tak nazywa sie nadnaturalnych mieszkańców Pandemonium.  Jednak, ci dosłownie nie mieli dusz. Serc, nie znali pojęcia Dobra. Byli tymi Mrocznymi, tym określeniem mianuje sie takich ludzi.
- Dobra, nie zgubcie sie – powiedział Matt gdy wtapiali sie w tłum. Dało sie tu wyczuć negatywną energię, która sprawiała że każdy z nich minał sie na baczności. Nie byli tu mile widziani.
- Moose, możesz zacząć szukać sobie dupy. Nawet Jamiemu sie udało  - zaśmiał sie Matt, nie słysząc jednak odpowiedzi.
- No, Michael... – skomlał dalej, chcąc sie troche powygłupiać – No zobacz ile tu panien.
- Odpierdol sie, dobra?! – krzyknął Michael zdenerwowany. Szedł plecami do Matta, teraz mierzył go srogim spojrzeniem.
- A tobie co? – Matt zapytał, nie mając świadomości jakie piekło zaraz rozpęta.
- Bo mam kurwa dosyć twojego podgadywania! – Nieoczekiwanie, Moose rzucił sie na Matt w locie przybierając postać włochatego stwora.
Gdy tylko wilk zawarczał, spojrzenia stojących w pobliżu postaci skierowały sie na walczących.
- Mieliśmy nie zwracać uwagi – pomyślał Padget, stojąc obok. Palił tylko szluga, nie chcąc sie angażować.  Przecież nie chciał wpaść w szpony nieokiełznanego wilka, jakim jest Moose.
Moose kłapał szczękami, chcąc ugryźć twarz Matt który nie zdążył sie przemienić. Leżał na piachu, przygnieciony potężnym wilczyskiem.
Osłaniając sie ramieniem, próbował zepchnąć Moosa z siebie. Ten jednak był silniejszy i uskoczył tylko w bok. Gdy Matt zdołał kucnął, ten znów go zaatakował.
- Kurwa, chłopaki! – Michael wyrzucił papierosa i szybko, stał sie wilkiem tej samej postury co Moose.
Dobił pyskiem do drugiego, rzucając sie na niego. Moose cofnął sie, schodząc z Matta i siłując sie głową z Michaelem.
- To pięknie... – myślał przerażony Matt, otrzepując swoją skórzaną kurtke. Wszyscy patrzyli na tą scene z wrogością w oczach.
Wilki skończyły potyczke, nie wiadomo kto sie poddał. Oddalili sie od siebie, warcząc coś cicho.
- Chłopaki, mamy problem... – westchnął Tuck gdy jego przyjaciele już zauważyli obrót sytuacji.
Michael Thomas podszedł do Matta i spojrzal na niego wściekle, jednak po chwili wszyscy trzej obejrzeli się wokół. Mroczni mieli zamiar ich zaatakować, już wyczuli obcych wśród swojego zgromadzenia.
- Spierdalamy – powiedział Matt szybko w myślach.  Jak batem strzelił, trójka bohaterów ruszyła biegiem w kierunku drogi którą tu przyszli. Jak sie domyślano, większość mrocznych ruszyła za nimi.
Najszybciej biegły wilki, Matt człowiekiem gonił za nimi pozostając w tyle.
Szczęśliwie, dwaj zniknęli w głębi lasu.
Matt już zbliżał się do równej drogi, gdy został złapany przez wyższego od siebie chłopaka za ramię.
Tamten przewrócił go.
Tuck szybko wstał z zamiarem gonienia na oślep, byle najdalej stąd. Był niestety, otoczony przez obcych sobie ludzi.
Nie miał dzisiaj w planach zginąć.
Cała jego odwaga, nagle gdzieś znikneła. Stał tylko, przyglądając sie facetowi który przewrócił go na ziemię.
Był od niego wyższy, znacznie. Bardziej umięśniony i napewno budził respekt. Wydawało sie nawet że jest tu przywódcą.
Miał na sobie ciemne okulary, kurtkę ze skóry i uwydatniający umięśnione ciało podkoszulek dobrany do ciemnych dżinsów i butów.  Irokez błyszczał nad wysokim, zmarszczonym  czołem.
Matt doszedł do wniosku że ten gość nie wygląda na dobrego i takiego z którym warto zadzierać.
- Daleko sie zapuściłeś, Tuck – powiedział grubym głosem.
- Nie miałem zamiaru psuć imprezy – powiedział Matt. Tylko to mu przyszło do głowy.
- He... czy to nie przypadek że tu sie spotykamy? – Mężczyzna zbliżył sie do Matta i zdjął okulary. Ukazały sie jego oczy. Miał źrenice w odcieniu przepaści, ciemności która zapewne nim władała.
- Co tu robisz? – zapytał stanowczo.
-  Nic, przechodziłem tylko i wpadłem na chwile – powiedział chłopak na jednym oddechu. Dotychczas uważał sie za walecznego i niezłomnego. Właśnie przekonał sie że gdy strach przejmuje kontrolę, wszystkie wartości i emocje nikną.
- Pierdolisz, nie można przypadkiem trafić na zlot Mrocznych. Będąc w dodatku zwykłym, słabym adletem – wycedził wyższy. Spuścił wściekły wzrok z niewinnych oczu Matta i wyprostował sie.
- Wyjazd kundu. I żebym cie tu więcej nie widział – palnął, każac swoim towarzyszom sie odsunąć.
„Droga wolna, Matt. Szybko stamtąd odejdź”
Tak podpowiadały mu myśli, jednak chłopak czuł  że coś przeoczył. Odwrócił się, robiąc kilka kroków w kierunku drogi. Ale musiał o coś jeszcze zapytać.
- Skąd ty mnie znasz? – Matt odwrócił głowę do nowopoznanego Mrocznego.
- Znam wielu ludzi, Tuck. Nie wnikaj – rzucił na szybko i zabrał swoich ludzi, oddalając sie.
Matt spojrzał na tego typka jeszcze raz. Nie miał pojęcia co sie właściwie stało, ale dziwna myśl podpowiadała mu że nie wraca z tej imprezy na pusto.
Spotkał Moosa i Padge’a obok magazynu.
- Co sie stało? – zapytał Moose. Poważnie?
- Nagle cie to obchodzi? Zginąłbym przez ciebie, matole! – Matt chciał pchnąć Michaela, jedak starszy brat go powstrzymał.
- Było nie zaczynać!
- Ogarnijcie sie, do kurwy – powiedział Padget – Matt, co sie tam stało? Walisz jakimś dziwnym smrodem.
- Nie mam pojęcia, stało sie coś dziwnego. Spotkałem faceta, demon chyba jakiś... Przynajmniej tak wyglądał.
- Jaki facet? Mówił coś?
- Znał mnie skądś ale ja go nie. To może być jakiś trop – powiedział Matt z entuzjazmem.
- Trop sie znalazł... To chodźmy tam po prostu – Michael zaczął iść w kierunku polany, gdy Matt złapał go za przedramie.
- Lepiej nie, sam mówiłeś żeby tam nie iść. I miałeś racje, bracie.
- Jak tam pójdziemy we trzech i go przyciśniemy to coś da może – Matt zauważył wolę walki w Michaelu, jednak nie mógł pozwolić bratu pójść na pewną śmierć.
Puścił Padge’a i skierował się w stronę miasta.
- Wracamy do domu, niczego sie dzisiaj nie dowiemy – mówił, narzucając kaptur na głowę. Zbliżała sie druga w nocy, naprawde nie miał już dzisiaj ochoty na szukanie demonów.
Moose poszedł do swojego baraku, Matt z Michaelem wrócili do siebie. Matthew czuł się naprawde wyczerpany więc od razu położył się. Gdy zasypiał, Padge jeszcze na chwilę zajrzał do jego pokoju.
- To nie mamy nic? – zapytał.
- Nie wiem, może Jamie będzie znał tego faceta. Zapytam go jutro, wiesz że z różnymi robi interesy.
- Aha... Wiem że walisz tym typem na kilometr a jego dziwna energia cie przesiąkła, nie wiem jak... Jakbyś miał psa to byś go wytropił – ostatnie zdanie dodał z sarkazmem i wyszedł, zamykając drzwi.
Tuck wiercił się chwile, nie mogąc zasnąć. Był zmęczony, choć sen nie przychodził.  Zaczął więc szukać rozwiązań.
Usłyszał w głowie słowa Michaela „Jakbyś miał psa to byś go wytropił”.
Tak, sam czuł że jego aura sie zmieniła.  Nabrała smrodu wampirów, demonów, nieczystej mocy i nieokreślonego zapachu który musi być identyfikatorem tamtego człowieka.
„ Jakbyś miał psa, Tuckey...”
...
- Kurwa! – Matt gwałtownie podniósł się i siadł na łóżku. Przecież żyje z wilkiem pod jednym dachem!
- Michael! – wydarł sie, wpadając do pokoju brata.
- Jest trzecia rano – powiedział w myślach, widząc śpiącego Padge’a.
- No, niestety, trzeba czekać do jutra – Matt wrócił do swojego pokoju. Spokój który odnalazł gdy wymyślił nowy plan, ukoił go do snu.
Rano obudził się z dziwnym entuzjazmem. Głośna muzyka Metalliki dobiegająca z salonu, dawałą mu energię by szybko sie ubrać i wyjść ze swojej nory.
Michael Padget... wiadomo w całym Pandemonium że jest zajebistym gitarzystą. Jednak, widzieć go rano gdy udaje Kirka Hammeta...
Łaził po kuchni ze szczotką i udawał że gra solo z The Day That Never Comes. Matt wyszedł ze swojego pokoju, przystając w progu. Oparty o framugę drzwi, stał tam śmiejąc sie pod nosem.
Padge, zatopiony w swoim świecie zauważył go dopiero po chwili. Ściszył lekko wieże i powitał Matta głośny „Siema Matty”.
- Siema Kirk Hammet, jak sie spało? – Tuck z zadziornym uśmieszkiem zabrał się za robienie kawy. Idąc do kuchni odłożył na blat paczkę fajek i zapalniczkę, wiedząc że zaraz je weźmie i wyjdzie ze swoim „śniadaniem” na taras.
- Nie pierdol, jakieś gówna mi sie śniły – sknął Padge.
- Tak, a mi niby różowe kucyki... Ten debil... widziałem go we śnie. I uwierz mi, nie było to fajne – Mówił, sypiąc kawę do białego kubka z dwoma gitarami.
- Tak wogóle, jutro jest pełnia. Okaże sie czy klątwa poszła sie jebać – powiedział Michael, rzucając Mattowi srogie spojrzenie.
- Poszła i nie wróci. I musze ci powiedzieć że jutrzejsza noc będzie pracowita – Matt mówiąc te słowa, podświadomie wyczuł jak skończy sie ta rozmowa. Michael był typem lenia któremu do szczęścia wystarczy gitara, piec i sześciopak Corony.
- Co masz na myśli? – Padge zaciekawiony, wstał z kanapy i podszedł do blatu na którym Matt szykował kawę.
No dalej Matt... zepsuj ten piękny poranek.
- NIE MA KURWA TAKIEJ OPCJI! – Padge wychodził za Mattem na tarsa, jakby ciskając piorunami we wszystko co sie da.
- Ale Padgee...
- NIE, POWIEDZIAŁEM! – Matt patrzył na Michaela. Ostatnio tak sie wściekał gdy pierwszy raz Mattowi odwaliło i musieli wyjść wcześniej z baru by przeklęty adlet nie rozszarpał gości.
- Daj spokój, kurwa! Może to jedyna szansa! – Matt upił łyk kawy. Domyślał że Michael sie wkurzy ale tego sie nie spodziewał.
- Kurwa, nie jestem jakimś pierdolonym Azorem czy Reksiem! Wilkołak a wilk to poza tym jakaś różnica...
-Pff, jaka?! – Matt parsknął i postanowił objąć inną taktyke – Wilkołaki są głupsze?!
- Nawet kurwa nie zaczynaj – Michael uniósł palec i w jego oczach zaczęły sie pojawiać błyski jakby eksplozji.
- Na to wychodzi...  – Matt odwrócił sie plecami do brata i oparł o barierkę. Znając ego Michaela, za chwilę zgodzi sie mu pomóc.
- Kurwa, Matt... nie dam rady. Musisz mieć silniejszego wilka, takiego który jara mniej niż ja i ma silniejsze zmysły – Padge właśnie stracił swoją godność. Przecież każdy wie że uważa sie za Alfe wśród wilków na wyspie.
Matt myślał chwilę, jednak szybko podjął decyzje.
- Takiego któremu palma odbija podczas pełni i wytropi ci sarne na milion kilometrów – powiedział, rzucając bratu uśmiech.
- Nie... Przecież prawie sie pozabijaliście wczoraj.
- Michael... Damy rade, emocje już opadły – Matt spojrzał na kubek z kawą, zastanawiając sie czy ten trop gdzieś ich zaprowadzi.
- Ale nie zapanujesz nad Moosem. Prędzej cie rozszarpie niż do niego podejdziesz – Michael wyrzucił ręce na boki, a Matt dobrze wiedział że starszy brat ma racje. Moose podczas pełni to maszyna do zabijania.

- Musimy dać rade, nie ma innej opcji – Chłopak westchnął czując że sprawa będzie trudniejsza niż przypuszczał. 

Cześć. No, poznaliśmy właśnie nowego bohatera. Niedługo w opowiadaniu zrobi sie o nim głośno. Zapraszam do czytania, komentowania i udostępniania tego opowiadania.
5 kom - next

wtorek, 7 czerwca 2016

4. Hangover

Matt podniósł swoje wilcze JA z podłogi i usiadł na kanapie, obok Moose’a. Skinął pyskiem na Padge’a który od razu podał mu piwo i otworzył swoje. Matt zrobił to samo przy pomocy ostrych kłów.
A Jamie? Jamie siedział  obok kanapy, na miejscu gdzie pyrgnął go Matt gdy zmieniał postać. Mathias nie ruszył się tylko patrzył na kumpla z niedowierzaniem. Znał tajemnice swoich przyjaciół, tylko jeszcze nigdy nie widział Matta w formie Adleta.
Po chwili jednak, uśmiechnął sie szeroko.
- Jakieś monstrum pije piwo u mnie na kanapie, po prostu super! – zaśmiał sie, wstając. Następnie, skierował się do kuchni i po jakichś 10 minutach wrócił do salonu, niosąc talerz z kanapkami. Postawił go na stole i sięgnął po butelkę z podłogi.
- O czym ty mi Pagde mówiłeś przez telefon? – zagadnął, siadając między wilkiem a Michaelem. Jeszcze krępowała go obecność potwora pod jego dachem, lecz stopniowo dochodziło do niego że to coś obok niego to nadal Matthew Tuck.
- O klątwie – powiedział Michael i wziął łyk Budwaisera – Która ciąży na Mattcie.
- Klątwy, wilki... Gdzie ja kurwa żyje! – Jamie parsknął.
- W Pandemonium – odparł Michael Thomas z surowym wyrazem twarzy. Po chwili jednak wszyscy trzej zalewali sie śmiechem.
Owszem, na tej wyspie to normalne Żyje tu wiele stworów, których istnienia przeciętny człowiek nawet sobie nie wyobraża. Widział ktoś kiedyś Godzille? Albo dinozaury? Wiele podobnych zwierząt można spotkać w Pandemońskich lasach!
Z mieszkania Jamiego do późnej nocy słychać było rozmowy, krzyki, śmiechy a nawet warczenie wkurzonego zwierzaka gdy doszło do potyczki Matta z Padgem. Jednak, Padge nie uwolnił wtedy swojej dzikiej natury. Uznał, że dla Jamiego mogło to skończyć sie zawałem.
Nazajutrz, o 7 rano Matt otworzył zaspane oczy. Zapominając o wszystkim co rujnował mu życie, wstał rześki i wypoczęty.
Padł na podłodze w formie Adleta, teraz zaś już w swoim ciele, minął śpiącego na kanapie Michaela i udał się do łazienki. Nie zastanawiając sie nawet gdzie wcieło Moose’a.
Nie miał kaca ani nic. Czuł że żyje. Widać napoje magiczne Jenny czynią cuda.
W wyłożonej białymi, błyszczącymi kaflami łazience, Matt spełnił swoje poranne potrzeby, przemył twarz zimną wodą i jak zwykle rano spojrzał w swoje ciemne oczy.
- Jesteś tam jeszcze? – szepnął, wpatrując sie głęboko w tęczówki.
Żaden głos w jego głowie sie nie odezwał.
Matt czekał chwilę. Ani drgnął, dopóki nie był pewien że jest znowu zwykłym chłopakiem. Znaczy... gdy nie ma pełni ani nie uwolni Adleta.
Odsunął twarz od lustra, czując spadający z serca kamień. Był wolny.
Nikt nie docenia tak naprawde wolności. Dopóki jej nie straci ani nie zostanie opętany.
W drzwiach stanął nagle Jamie. Matt zauważył jego obecność, dopiero gy ten podskoczył, zdziwiony nieco.
- Matt? – Po głosie kumpla, Matt zauważyłl że Jamie napewno ma kaca.
- Ty sie Adleta spodziewałeś? – Matthew uśmiechnął sie zadziornie.
Jamie tylko coś mruknął i wypchnął Matta z łazienki, zamykając za sobą drzwi.
Tuck wrócił do salonu. Widząc że Michael sie budzi, klepnął go mocno w udo, siadając i impetem na drugim końcu kanapy.
- Żebyś ty widział minę Jamiego jak mnie zobaczył! – Śmiał się, udając Mathiasa. Musiał rozszerzyć oczy naprawde mocno.
Michael podzielał jego radość.
- Widziałeś Moose’a? – zapytał młodszy brat.
- Hmm... Nie mam pojęcia – wymruczał Padget, po czym Matt poznał że chłopak nie czuje sie za dobrze.
Siedzieli obok siebie, czekając aż gospodarz sie oporządzi i raczy przygotować jakieś śniadanie.
- Mam pomysł – szepnął zadowolony Matt, słysząc dźwięk otwieranych drzwi.
Jamie pojawił sie w salonie, mówiąc „Siema” do Padge’a.
- Cześć Jamie – odpowiedział Michael.
- A gdzie...?
- Nie wiemy – Matt nie dał Jamiemu dokończyć. Sytuacja była dziwna, Moose nigdy nie znikał tak sam z siebie. No... chociaż w Pełnię kilka razy sie zdarzyło ale jest 7 rano!
Matt uśmiechał sie głupio.
- Jamie, masz jakiś stek? – zapytał gdy ten zniknął w kuchni.
- Stek? – Ton Jamiego wyrażał zaskoczenie.
- Noo... Stek... – Matt z Michaelem patrzyli na siebie, śmiejąc sie pod nosem.
-Najlepiej surowy, Z sączącą sie krwią – dodał.
Cisza w kuchni sprawiła że Michael musiał stłumić śmiech.
- Serio chcesz stek? – odparł po chwili Jamie. Po odgłosach słychać było że na śniadanie proponował tylko kawę.
- Tak. Jeśli Adlet po przemianie nie zje steku może wpaść w szał. I nie pamiętam dobrze, ale tak samo chyba jest z wilkołakami.
- Ja pierdole...- Jamie wyglądał na zakłopotanego gdy szybko wyszedł z kuchni.
- A ty dokąd? – zapytał Matt widząc jak ich kumpel zbiera sie do wyjścia.
- Niedaleko jest knajpa, mają tam steki – odparł na jednym oddechu Mathias.
- Kurwa, Jamie – Matt wypowiedział te słowa i z durnym uśmieszkiem, właśnie zwątpił iż ten chłopak posiada mózg.
- What?
- Gówno... – Matt jąkał sie, udarzając pięścią w ścianę. Padge zwijał sie ze śmiechu na kanapie.
A Jamie stał, dopiero po dłuższym momencie załapując o co chodzi.
- Kurwa, ja was zabije! – dopadł do Matta, popychając go żarobliwie.
Przyjaciele wyszaleli się i usiedli na kanapie. Zaczęli pić kawę i rozmawiać.
- I już jest wszystko okej? – zapytał Jamie Matta.
- Tak, no mówie... Wstałem dzisiaj rano i czuje sie jak nowonarodzony. Ta maź smakowała ochydnie ale widać efekty jakieś ma – rzekł zadowolony Matt.
- Czyli  skończą sie krzyki niewiadomo skąd, bieganie przed siebie i rzucanie sie na przypadkowych ludzi? – zapytał Michael, chcąc sie upewnić że to koniec kłopotów jakie męczyły ich przez ostatnie czasy.
- Tak, raczej... – powiedział Matt, nie do końca pewny. Upił łyk kawy i odstawił kubek – Ej, Jamie. Wpadnij do nas wieczorem. Pogramy coś. Padgee napisał ostatnio jakiś nowy kawałek.
- Dzisiaj? Wiesz, dzisiaj nie moge. Mam pewne plany – odpowiedział Jamie.
- Aha, no... luz. Kiedy indziej – Matt spojrzał na brata – Skończyłeś?
Michael odstawił pusty kubek.
- No, Jamie. Zbierany sie, do kiedyś – Matt podał chłopakowi ręke, potem Michael. Po czym wyszli z mieszkania na oświetlone słońcem miasteczko.
- Ciekawe co on planuje... – Michael głośno myślał, odpalając papierosa.
Szli wolno, choć chodnik był pusty. Większość ludzi o tej porze była już w pracy. 
- Pewnie ruchanie jakiejś dupy. Jednorazowy wyskok, jak to Jamie – powiedział Matt. Stanęli na zakręcie. Matt oparł się plecami o ceglany budynek.
Michael też sie zatrzymał, jednak przez chwilę żaden z nich sie nie odezwał.
Ale wiedzieli o czym obaj myślą.
- Czujesz to? – zadał pytanie Pagde.
- Nie, stoje jak kołek bez powodu – odpysknął Matt, wyglądając za róg. Między dwoma budynkami biegła wąska uliczka. Z niej wyłaniała sie dziwna moc, która zaniepokoiła obu chłopaków.
- Kurwa, jakże by inaczej... – westchnął Tuck, po tym jak wychylił się zza rogu.
W ciemności dostrzegł zarys dwóch ludzi. Nie widział  ich twarzy, lecz zapach jaki wyczuł nie mógł go oszukać. Od razu poczuł, że ta sytuacja dobrze sie nie skończy.
Tamci, też wyczuli kłopoty. Twarz jednego z osobników zwróciła się w stronę Adleta i wilka.
Weszli w ciemność, gotowi stoczyć walkę z spotkanymi osobnikami.
Gdy się zbliżyli, rozpoznali Andy’ego Biersacka i Ashley Costello.
Andy podniósł się i stanął wyprostowany przed dwoma swomi wrogami. Jego twarz wyrażała pewność siebie. Czerwonowłosa zaś Ashley, kucała nad zwłokami człowieka. Denat miał na wierzchu wnętrzności a usta zarówno Ashley jak i Andego zdobiła ludzka krew.
- Znowu sie spotykamy – powiedział Andy, uśmiechając sie wrednie.
- To może być nasze ostatnie spotkanie. Czyście powariowali, jest środek dnia! – Ton Michaela nie należał do spokojnych.
- Spokojnie bracie, zaraz tego tu nie będzie. Odkąd bawicie sie w policje, jesteśmy ostrożniejsi – odparł Biersack, zniżając sie do swojej partnerki – Skarbie, musimy iść. Te psy nas tu nie chcą – ostatnie słowa dodał, jakby drwił.
- Nie jesteśmy psami. Jesteśmy twoją śmiercią, Biersack – powiedział Matt gniewnie.
- Ale ja już sie zmywam Tuckey – Andy uśmiechnął się, biorąc Ashley pod reke.
Matt wyczuł że w Michaelu wzbiera wściekłość.
„Nie warto, bracie”
Myśli Matta dotarły do Padge’a, ten uspokoił się i tylko spoglądał jak para wampirów sie oddala, cięgnąc za sobą zwłoki.
Na końcu uliczki znajował się właz do kanałów. Silny Andy uniósł go i puścił swoją dziewczynę przodem. Zanim sie ulotnił Matt krzyknął do niego.
- Tak wogóle, to było słabe!
- Co było słabe? – zdziwił sie wampir.
- Twoja klątwa. Możesz mnie i swoje demony w dupe pocałować! – Matt krzyknął, pokazaując chłopakowi  fucka.
- Nie wiem o czym mówisz, kundlu – Jednak, tamten zniknął w kanałach, zlewając całkowicie Matta. Zabrał ze sobą tylko martwego obywatela.
Tuck  parsknął i razem z bratem wyszedł z ciemności.
- Ale Jenna mówiła że to nie oni – stwierdził Pagde gdy szli już oświetloną słońcem ulicą. Dziękował Bogu że ich słońce nie pali i nie muszą w dzień przemieszczać sie ściekami.
- A kto inny? – Matt sie wzburzył, nie wierząc w słowa Michaela – Krasnoludki rzuciły klątwe. Tak, to napewno jakieś małe pierdolone skrzaty!
- Uspokój sie,Jenna sie nie myli.  Przynajmniej tak brzmiał jedyny komplement jaki Moose o niej powiedział.
- Nie może być, tylko Brides nas nienawidzą aż tak by zrobić takie świństwo – mówił Matt, gdy wiatr zawiewał jego  włosy na twarz.
- Pomyśl, kto jeszcze... – mruknął Michael.
- Nie mam pojęcia ale zabije drania – Matt przyrzekł zemstę za zmarnowane ostatnie miesiące swojego życia.
Gdy wrócili do domu, zasiadł na kanapie wodząc wzrokiem za Padgem który udał się do kuchni. Gdy wracali, pewna myśl zaświtała mu w głowie.
- Wiesz co – zaczął spokojnie Matthew – Mam pomysł jak znaleźć tego drania.
- Tego co rzucił na ciebie klątwe? Ciekawe jak -  Padge drwił, szukając czegoś w szafkach wiszących.
- Nie pierdol, dobra? Zabije skurwiela. Przez niego życie straciło kilka niewinnych osób i jedna sarna!
- Tak, bo niby nie mogłeś tego powstrzymać – rzucił Michael, odrywając sie na chwilę od swojego zajęcia. Spojrzał na Matta, jakby chciał mu coś wypomnieć – Kilka razy sie powstrzymałeś, dawałeś rade trzymać bestie na smyczy. A kilka innych raz... po prostu ci odwaliło.
Padget pił z butelki sok. Po kilku łykach oparł się ręką o oparcie kanapy. Matt z dołu na niego spojrzał.
- Jaki masz plan? – zapytał starszy.
- Znasz tą mordownie na zachód od meliny Moosa?
- Powtórze mu to jak przyjdzie – zaśmiał sie cicho Michael – Tak, znam. Różne dranie, włącznie z Biersackiem i jego cizią spotykają sie tam w piątkowe wieczory. Mów dalej – wyrażał zainteresowanie słowami Matta.
- Co jest dzisiaj? – powiedział Matt.
- Pią... – Michael rzucił Mattowi spojrzenie mówiące „Wchodze w to”, uśmiechając sie zadziornie.
Odstawił pustą szklaną butelkę na podłoge.
- A jeśli tam zginiemy? – dodał jednak po chwili – Nie wiesz jakie potwory tam można spotkać. Michael mi kiedyś opowiadał jak spać nie mógł przez jęki rozszarpywanych ofiar.
- Ofiar? – spytał Matt. Widać nie wiedział o wszystkim, nigdy nie pakował sie w takie akcje.
- No... Satanistów też tam można spotkać.  Palą tam różnych ludzi, z zemsty, albo z nudów po prostu.
- Sataniści mówisz... – powiedział cicho Matthew.
Zamilknął na chwilę, przyjmując  na twarz uśmieszek.
- Chcesz mnie straszyć pseudo-wyznawcami diabła?

Gdy to mówił, jego oczy przywdział odcień ognia a Michael już wiedział że  idą dzisiaj w nocy na Czarną Msze. 


Cześć. Podoba wam sie rozdział? W  następnym trochę sie porobi, spotkamy Mrocznych :)
Jeśli chcecie być informowani o nowych rozdziałach, zostawcie namiary w zakładce Informowani.
4 kom - next