wtorek, 24 maja 2016

3. Adlet is alive

Zrezygnowany, wrócił do swojej klitki i wyczerpany przez pasożyta którego nosił w sobie, padł na łóżko, zasypiając prawie od razu.
Nazajutrz, spał gdy słońce było już wysoko a wzkazówka na zegarze przekroczyła 11.
Obudziły go dwa głosy w salonie. Drzwi były zamknięte, jednak od razu rozpoznał że to Moose gada z Padgem.
Michael Thomas, na którego mówią Moose. Jest wirtuozem perkusji i nieokiełznaną maszyną do zabijania. Znaczy... podczas pełni ma najbardziej wytężony instynkt i czasem... często trudno go powstrzymać. Potem znajdują padline na skraju lasu i szukają sprawcy. Ale nie szukają chyba tam gdzie trzeba skoro on właśnie jest jedne drzwi stąd.
Matthew szybko sie ubrał. W bezrękawnik i czarne dżinsy, do tego trampki – nic nowego. Typowy strój Matta Tucka.
Otworzył drzwi. Moose spojrzał na niego zaskoczony i od razu sie uśmiechnął.
Michael wyglądał na skejta ale byl zapalonym metalowcem, tak samo jak reszta. Jego włosy były lekko zapuszczone, ale krótsze niż u Matta i Padge. I w przeciwieństwie do nich, Michael miał jaśniejszy kolor czupryny.
- Co tam, Matt? Słyszałem że znowu odjebałeś to i owo – Fajne powitanie z rana...
Matt przywitał sie z przyjacielem, ignorując jego wcześniejsze słowa.
- Nie da sie ukryć, zobacz co zrobił w łazience – Zakpił Michael, buszując w aneksie kuchennym. Robił kawę, drażniło to nozdrza Matta.
- Kurwa... – syknął chłopak.
- Co jest? – zainteresował sie Moose.
- Mam jakiegoś wilkołaczego kaca – Parsknął niezadowolony Matt. Zapach kawy przyprawiał go o mdłości, a zwykle kawa i papieros to jego śniadanie.
- Kaca?! – rozpromienił sie Thomas – Stary, coś ty wczoraj brał?
- Właśnie nic. Twoja dupa musi sie mną zająć i to porządnie – powiedział chłopak, chodząc bez celu.
Moose uśmiechnął sie znacząco, powstrzymując śmiech którym miał ochote wybuchnąć.
- Nie tak – Matt wzkazał na niego palcem, aby przestał – I nie wkurwiaj mnie, bo skończysz jak twoja wczorajsza kolacja.
Matt wzburzony, wyszedł na wyrandę. Usłyszano charakterystyczne kliknięcie zapalniczki i uderzenie pięścią o barierkę.
- Co mu jest? – zapytał Michael Thomas, wyraźnie zaniepokojony stanem przyjaciela.
Padge, upijając łyk napoju bogów, znaczy kawy, wzruszył tylko ramionami.
Biorąc kolejnego bucha, Tuck nie zastanawiał sie nad piękną pogodą która panowała nad wyspą. Choć wczorajszy wieczór był zimny, wręcz jesienny, dziś wszystko wraca do normy. Tak to jest, gdy księżyc w pełni przejmuje kontrole.
Wczorajszej nocy w tym mieście napewno działy sie dziwne rzeczy. Ludzie wierzą że to tylko legendy, ale wtajemniczeni mieszkańcy Pandemonium wierzą że strach jest prawdziwy i nie można go traktować jak urojenie.
Wyrzuciwszy peta za barierkę, Matt przechadzał się po drewnianej wyrandzie.  Znajduje sie ona dość wysoko nad ziemią, a schody prowadzące w dół prowadzą właściwie do lasu. Także, ich skromna chatka jest dobrze ukryta. Pośród drzew liściastych nikt raczej nie spodziewa sie spotkać wilkołaków, żyjących sobie w najlepsze.
Siadł na schodach i zaczął oglądać swoją dłoń. Jak na adleta przystało, rana sie już po części zagoiła. Nie krwawi, ale jest widoczna nawet z daleka.
Matt odpoczywał, przypominając sobie koszmar wczorajszej nocy. Mało brakowało a przybrałby swoją nienaturalną formę. Ten ogień płonął, mógł wzniecić niezły pożar. Jednak, brat nauczył go jak sobie z tym radzić. Adlet wyłania sie tylko w sytuacji zagrożenia lub nagłego wkurwiena. Albo gdy sami mu na to pozwolimy, ale widok tej istoty w lustrze brzydził Matta.
- Adlet... skąd to sie wogóle wzieło – myślał, gyd po chwili wstał.
Omiótł wzrokiem jeszcze raz oplecione słońcem konary drzew i wrócił do domu.
- Dzwoniłem do Jenny, macie zaproszenie – powiedział Moose gdy tylko Matt zaszczycił ich swoją obecnością.
- A ty? – zapytał adlet, patrząc na siedzącego na sofie kumpla wilkołaka.
- Ja i Jenna... no, ostatnio mnie wkurzyła i nie mam ochoty sie z nią widzieć. Zadzwoniłem tylko ze względu na was.
- Naprawde to doceniamy, Moosee – powiedział niechlujnie Padge.
- Nie pierdol, wkurwiająca jest. Zresztą sie przekonasz.

- Więc to jest ta chata z której sie wyprowadziłeś? – mamrotałem, patrząc na chatkę nieopodal lasu, na niewielkiej polanie.
Jenna mieszkała w leśniczówce. Z zewnątrz wyglądało to na domek letniskowy z niewielkim ogródkiem z kwiatami.
- Co ci sie Michael tu nie podobało? – zażartowałem, Padge sie uśmiechnął.
Moose, nie podzielając naszej radości powiedział „Zapytaj mnie o to jak wejdziemy do środka” po czym poprowadził nas.
Drzwi miały kołatkę, którwj użyliśmy. Dziewczyna otworzyła po krótkiej chwili.
Gdy tylko pojawiła się w drzwiach, z wnętrza wydostał sie zapach czegoś na wzór przypraw.
Oparłem sie ręką o drzwi, wiedząc że słabne i mój wilkołaczy kac nadal nie odszedł.
- Szlag... ty tam padline gotujesz? – Moose, pozwolił sobie zacząć rozmowe.
- W przyprawach – Jenna uśmiechnęłą sie, jednak to nie był szczery uśmiech – Wejdźcie.
- Widać że mają na pieńku – powiedział cicho Padge do Matta któremu oczy zaczęły łzawić – Ty sie dobrze czujesz?
- Taak – westchnął młodzieniec – Mówie, coś sie dzieje. I to nie są dobre rzeczy.
- Zabije Andy’ego jeśli dowiem sie że mieszał w tym palce – zapewnił brata Michael.
- Idziecie? – wołał Thomas.
Nic nie mówiąc, weszli do chatki Jenny.
W środku... Mattowi o razu zrobiło sie niedobrze, gdyż mieszały sie tu różnorakie zapachy a przyprawy, zioła i tego typu rzeczy leżały i wisiały dosłownie wszędzie. Panował tam chaos i właśnie dowiedzieliśmy się, o co chodziło Moosowi.
Wiszący czosnek zasłaniał okna.
- To na wampiry? – zagadnął Matt, ciągnąc nosem niczym alergik.
- Tak, czasem sie tu kręcą a to nie są przyjazne typki – powiedziała niebieskowłosa dziewczyna, mieszając drewnianą łyżką w garze. Domyślano sie, że nie gotowała obiadu. Dym nad kuchenką był w odcieniu włosów Jenny.
Karnacja byłej dziewczyny Moosa była wyjątkowo blada. Gdyby jej nie znać, możnaby pomyśleć że sama jest jednym wampirów.  Jej paznokcie miały krwistoczerwony odcień a strój wyrażał jej wyjąkowy charakter.  Wyglądał jak fanka goth metalu, pasowała do Michaela.
- Ten kretyn mówił że macie jakąś sprawę – Dziewczyna przestała mieszać w garze i lustrowała zrokiem gości. Moose zdążył przewrócić oczami i mruknąć coś pod nosem.
- Tak, z moim bratem jest coś nie halo – Podjął Padge, widząc że Matt nie wygląda najlepiej – Weź ty może wyjdź na dwór?
- Nie, dam rade – wycharczał Matthew. Wzbraniał sie, jednak wszyscy zauważyli zmianę w nim. Jego oczy łzawiły coraz bardziej.
- Tu jest dużo różnej energii i magii, może to przez to? – zapytała Jenna, widząc niepokojącą scenę.
- Nie, to jakaś klątwa. Podejrzewamy wampiry. Black Veil Brides, dokładniej – rzekł Padget.
- Miał haluny i wyczuł ich aure w miejscu gdzie go to zawiodło – powiedział Michael Thomas.
- A zawiodło go Nad Przepaść – dodał drugi Michael.
- Nie wygląda to dobrze, przecież on jest wrakiem samego siebie – Jenna to stwierdziła po czym zbliżyła sie do chłopaka który siedział na jej stole, gdyż nogi odmawiały mu posłuszeństwa.
Ujęła dość mocno głowę Matta w dłonie i pokręciła nią na boki. Następnie, zlustrowała wnętrze jego oczu. Nie miała z tym problemu, gdyż Tuck był prawie nieprzytomny.
- Jak on mi tu umrze, to spale Biersacka w największym ogniu jaki wydobęde – Głos Michaela przesiąkał gniew.
- Nie ma potrzeby, to głupie zaklęcie – Jenna wypowiedziała te słowa, jakby mówiła jaka jest pogoda na zewnątrz. Dość spokojnie, jakby choroba Matta to był pikuś.
Podeszła do jednej z wielu wiszących szafek i zaczęła szukać wzrokiem pewnego słoiczka.
- Da sie to szybko załatwić. I bezboleśnie – Na końcu zdania przybrała uśmiech.
- To akurat nie przeszkoda, nic by nie czuł w jego stanie – Moose odezwał sie, aby Jenna nie zapomniała że ten gość w czarnej bluzie nadal tam jest.
- A może na tobie wypróbuje te bolesne sposoby? Byłoby ciekawie – Michael Padget stał i sam nie wiedział co powiedzieć. Ta dwójka... Może „Kto sie czubi, ten sie lubi”? Pasowali do siebie, jeszcze tydzień temu Moose był z nią na imprezie.
Dziewczyna z pojemnikiem w dłoni podeszła do stołu. Matt siedział, ze spuszczoną głową. Jakby spał na siedząco.
-Hmm... damy rade – wymruczałą, widząc że jej „pacjent” nie reaguje.
- Będzie troche brutalnie – powiedziała, jakby chciała nas ostrzec.
Sprawnym ruchem ręki, uniosła głowę Matta i wlała w jego usta zielonkawy, gęsty płyn.
- Obrzydliwe – myślał Padge, ciesząc sie że nie jego to spotyka.
Jego brat zaczął sie ksztusić, jednak większość mazi przeszła przez jego gardło.
- Matty, wszystko okej? – Michael podbiegł do młodszego, widząc że chłopak powoli otwiera oczy i odzyskuje mysły.
- Ja pierdole... – wymamrotał Tuck.
- Ja wiedziałem że z nim coś sie dzieje ale myślałem że mu przejdzie. Po tym co wczoraj odwalił zacząłem sie martwić – powiedział Michael do Moosa.
- Żyje. A Brides’ami sie zajmiemy, niech tylko przywleką sie do miasta. – odparł wilkołak.
Padge pokiwał głową.
- To nie wampiry – powiedziała Jenna, stojąc obok swojej kuchenki.
Obaj, odwrócili się w jej stronę.
- To ktoś nowy – powiedziała, zbliżając sie do nich – Nie znam tej aury, ale jej właściciel ma nadprzyrodzone zdolności. Tak jak my.
- Adlet? – powiedział jeden Michael.
- Nie.
- Wilkołak? – kontynuował drugi.
- Też nie, nie znam tej istoty. Ale czarować umie, ta aura miała was zmylić. Jest zmieszana z wampirzym smrodem.
- I zna Bridesów, skoro wyprowadziła Matta pod ich mete – powiedział Padge. Zaczęli układać puzzle, tylko do ułożenia ich jeszcze troche zostało.
- Ale masz coś jeszcze? Przynajmniej jak wygląda – zaczął Moose.
- To czary, matołku. Nie Facebook – Jenna najwyraźniej nie pałała do Moosa sympatią, Padge zaczął myśleć że tylko sie przekomarzają. Jednak...
- Idźcie już, w moim domu śmierdzi psem – Jednak sie mylił.
- W razie co możecie przyjść. Tylko zostawcie Azora w budzie – Jenna pożegnała nas. Spoglądając na Matta, miał sie lepiej. Od eliksiru Jenny nawet rany zniknęły.
- Ona mnie nienawidzi, tak samo jak jej – Moose zaczął sie irytować. Wracając do domu, Padget cały czas wypytywał o niebieskowłosą.
- A może wy jesteście friends with benefits a ty tylko zgrywasz twardziela? – To powiedział Matt. Nawet sie uśmiechnął, czym dał znak że wrócił do żywych.
- Weźcie sie odpierdolcie, skończyłem z nią – Moose jakby złapał focha. Gdy szli do miasta, nie odezwał sie już ani słowem.
Zapadał zmrok. Cała paczka spotkała się w mieszkaniu Jamiego.
Jamie zamieszkiwał kawalerkę w jednej z kamienic. Z okna miał widok na podwórko. Matt wchodząc tam, zawsze przechwalał sie że oni mają lepszy widok z okna.
Się i nabrały ostrości. Jedyny pokój w tym mieszkaniu zawierał tylko kanapę, telewizor stojący na podłodzę i drzwi do kuchni. I co ciekawe, kanapa byłą 2 osobowa. A jakimś sposobem ich czwórka zawsze sie tam mieściła.
- Spacerek po lesie wczoraj był, co Matt? – śmiał sie gospodarz, szykując kolację w nowocześnie urządzonej kuchni.
- Zamknij sie!!! – Matt krzyknął, jednak był to krzyk z nutką śmiechu.
- No co? Adlet adletem, ale jak jakiś demon to ty sie nie zachowuj.
- Bedziesz mnie uczył manier, stary draniu? – śmiał sie Tuck.
- Nie, nie pozwole ci zginąć, przychlaście – Mathias wychodził właśnie z kuchni, gdy zgrabne ciało Matta zaatakowało go. Chłopaki zaczęli sie przepychać. Jamie przedtem odstawił piwo pod ścianę, a następnie powalił Matta na drewniany parkiet.
- Debile dwa – Padge tłumił śmiech, w przeciwieństwie do Moosa.
Jamie zaczął udawać że bije pięściami po twarzy Matta.
Obaj śmiali sie z tej zabawy.
- Ty myślisz kurwa że sie ciebie boje? – chichotał Jamie, siedząc okrakiem na brzuchu Matta który zwijał sie ze śmiechu.
- A chcesz zacząć?
- Co?
- Pytam czy chcesz zacząć!
Matt skupił wszystkie swoje zmysł i poczuł w sobie narastające ciepło i bestię którą zamierzał uwolnić.
W jednej chwili, zgrabne ramiona chłopaka pokryły się krótkim futrem, sympatyczna twarz przybrała formę wilczego pyska, ubrania zmieniły rozmiar na większe a paznokcie wydłużyły.
Matt wyglądał teraz jak brunatnej maści wilk odziany w ludzie ubrania.
Adlet jest na wolności.
- Nie no, kurwa, w tej postaci to ja sie go boje... – jęczał Jamie i wydawało sie że mówił serio.
- Daj spokój. Jak dorastaliśmy to miałem tak na codzień – śmiał się Padge – Hormony i te sprawy.
- On tak długo może? – zapytał wystraszony Mathias. Jako jedyny był normalny w tej bandzie.

- Dopóki nie zechce znowu być Mattem – odpowiedział Michael.

Cześć. Rozdział mi sie podoba, mam nadzieje że wam też. Wciągneliście sie już w opowiadanie? A może coś wam sie nie podoba?
Piszcie w komentarzach :)

3 kom - next :)

niedziela, 15 maja 2016

2. Cursed?

Zamrugał nerwowo, aby odpędzić siłę, która w nim wzrastała. Jego ciało sie trzęsło a oddch był niepokojąco szybki. Płonął, w środku  cały Matt sie palił.
Odkaszlnął, kiedy ogień w oczach zniknął. Wyglądał spokojnie, choć sekunde temu jeszcze trząsł sie niemiłosiernie.
Odkaszlnął jeszcze raz, chcąc pozbyć sie uczucia suchości w gardle.
- I wtedy powiedziałem „ Niech sie pierdoli, znajde lepszą!” – Tak Jamie podsumował jakże ciekawą historie swojej miłośc, kiedy Matt spowrotem usiadł przy stole.
- Gdzieś ty był? – zapytał Michael, objemując go ramieniem.
- Nigdzie, już jest w porządku – odparł chłopak. Jednak, Padge znał swojego brata na wylot.
- Znowu? Znowu cie przejmuje? – Padge lekko wstał z krzesła, podburzony i zaniepokojony.
- Nie, nie dam mu szansy – powiedział Matt, ciągnąc nosem.
- I dobrze, nie daj sie bracie – Michael poklepał go po piers – Pamiętaj, jesteśmy silniejsi niż Brides’i.
- Wiem, pamiętam o tym – sapnął Tuck. Jednak, sam nie wierzył w swoje słowa. Nadal czuł w sobie nieokiełznaną  siłe która pchała go do lasu, w głąb Pandemonium.
- Nie moge, przepraszam – powiedział, przerywając chwilową cisze która powstała między przyjaciółmi.
Padge i Jamie patrzyli jak ich kumpel wychodzi z baru.
- To sie źle skończy – powiedział Michael i wyjął wykałaczkę w pojemnika by po chwili włożyć ją do ust.
Jamie tylko skinął głową i zabił niepokój tak samo jak jego towarzysz.
Pędząc przez zasłane kolkami gleby, Matt zatracał się coraz bardziej. Biegł przed siebie, nie zwracając uwagi na gałęzie uderzające go w twarz co chwilę. Zbliżała sie 1 w nocy, ta godzina kiedy odwiedzał go nieproszony gość.
Nie znał go, nawet nie chciał go znać. Był jego klątwą, cierpieniem którego nie mógł sie pozbyć.
- Gdzie tak biegniesz, Tuckey? – usłyszał przeszyty grozą bełkot.
- Wypierdalaj! – charknął, plując w dal. Flustracja przeszywała jego ciało na wylot.
- No co, boisz sie samego siebie? – głos sie zaśmiał, jakby kpił z młodego chłopaka.
- Nieprawda, to ty jesteś tym złem wcielonym – mówił Matt, jakby nie chciał wpuścić tego głosu do głowy choć on bardzo chciał. Znów przejąć kontrolę nad jego ciałem.
- Oszukujesz sam siebie, debilu – Matt rozglądał sie dookoła, czując jakby był otoczony. Przez kilku ludzi mówiących tym samym głosem.
- Wyjdż ze mnie, nie jestem potworem!
- Jesteś, jesteś Tuck... Tylko jeszcze to do ciebie nie dociera – Głos sie zaśmiał. Matt podniósł leżącą na ziemi szyszkę i rzucił ją w przepaść, blisko której sie znajdował. Z grymasem wściekłości na twarzy, chwycił kolejną i wydając z siebie wrzas, zrobił z nią to samo. I jeszcze raz, i kolejny...
Zmęczony, padł w końcu pod drzewem. Wycieńczony i wyssany z emocji, spuścił głowę pozwalając włosom zakryć całkiem jego twarz. Było zimno, czuł chłód na swoich ramionach.
Siedział tak marznąc, jednak perspektywa wrócenia do miasta wiązała sie z kilkoma konsekwencjami. Jedną z nich była pogadanka z Michaelem.
Kochał go, jak rodzonego brata a nie najlepszego przyjaciela którym jednak był. Łączyła ich mimo  to więź, którą można cenić bardziej niż braterstwo.
Podjęli kiedyś pakt krwi. Jest to żart i rytuał w który bawią sie dzieci. Jednak, dla jego paczki, ten rytuał był ważniejszy niż jakakolwiek rodzina czy miłość.
Poprzysięgli sobie stać za sobą, nawet w ogniu gdy będą sie palić. Że nigdy sie nie zostawią. I tak właśnie postępuje Padge. Tylko, Matt to uważa za słuszne?
Skoro zostaliśmy stworzeni do zabiijania, po co oszukiwać nature?
W końcu wstał. Otarł spodnie z brudów i rozejrzał  sie po okolicy. Co ciekawe, dopiero teraz spostrzegł  gdzie przywiał go ten nienaturalny zew.
Stał nad przepaścią. Na dole, pośród ciemnej mgły, był teren Black Veil Brides. Są innego rodzaju potworami, które uprzykrzały życie Matta i jego rodziny odkąd sie urodzili.
Niepokój ogarnął umysł chłopaka, gdy ten wytężył wszystkie swoje zmysł. Każdym kawałkiem ciała, chłonął powietrze i atmosferę wokół.
Otworzył nagle oczy, które przymykał od jakiegoś czasu.
- Brides – wyszeptał, gdy do jego nozdrzy dotarł znajomy zapach.
Natychmiast, korzystając z impulsu, oddalił się  od terytorium wroga.
Michel Padget siedział na kanapie, trzymając w ręku swojego  starego akustyka. Gitara należała jeszcze do jego ojca, którego musiał porzucić. Zawsze, gdy jest sam wyciąga ją i  delektuje sie muzyką.
- Nadchodzi burza – pomyślał, czując w kościach sztorm który zaraz wpadnie do domu.
Drzwi prawie wypadły  z zawiasów gdy Huragan Tuck wpadł do salonu.
- Czy to nie dziwne że paranoje zaprowadziły mnie Nad Krawędź?!!! – wykrzyczał, będąc pod wpływem niewyobrażalnej złości i energii której nabrał w lesie.
- Do Veil Brides? – zapytał zaciekawiony, nie wstając.
- Tak, do Veil Pierdolonych Brides! – krzyknął, po chwili trzaskając drzwiami od swojego pokoju, młody Tuck.
Sapał, rozbierając sie by pozbyć sie zapachu krwi który drażnił go już od paru godzin.
- Jesteś pewien że to nie przypadek? – Michael spytał, otwierając cicho drzwi.
- Nie, waliło krwiopijcą na kilometr! I ten głos... jakby znał mnie i moje słabości.
 Padge, jakby sie zmieszał.
- Matt... a może...
- Nie – Wzkazał na niego palcem, przerywając wpół zdania – Nie ćpałem nic.
- Nie, ja nie o tym – Brat wkroczył do pokoju, wogóle nie zwracając uwagi na Matta w samych bokserkach. Na jego plecach wiły sie czerwone, zagojone niby blizny. Po obojczykach spływała krew, teraz już wyblakła.
- Pamiętasz jak ostatnio spotkaliśmy Jenne?
- No, pamiętam. Młoda wiedźma z lasu, Moose kiedyś do niej startował – powiedział chłopak, chodząc w kółko po niewielkim pomieszczeniu.
- No... Może by ją o to zapytać? Umie zdejmować klątwy.
- Ale przecież nasze moce to normalka – rzekł, nie podzielając pomysł brata.
- Moce, a nie latanie po lesie jak postrzelony – powiedział, zamierzając wyjść z pokoju – Zastanów sie, to nie jest do końca normalne.
Zostawszy sam w pokoju, Matt patrzył chwilę przez okno, musząc przemyśleć słowa Padge’a.
- Czyli jednak klątwa... – przyznał w końcu, schylając głowę.
- Czego nie możemy być normalni – rozmyślał, idąc do urządzonej na biało łazienki.
Wszedł pod prysznic i poczuł ulgę, puszczając lodowatą wodę.
Relaksował sie, chcąc stłumić pożar panujący w jego płucach. Suchy oddech nie wróżył nic dobrego.
- Zamknij sie szmato – syknął, czując że mosntrum znów chce sie wydostać.
Mokre włosy opadały, zasłaniając gniewne oczy chłopaka. Pociemniały, będąc nadal rozpalone.
Oparł napięte ramie o ścianę, czując na nim krople wody. Oddychał, jakby to był jego ostatni oddech. Czuł że jest jak granat który zaraz eksploduje.
Stał nagi, pośród wody o odcieniu lekko różowym. Jego ciało zostało już oczyszczone, jednak brutalne wspomnienia nie zostały wymazane. Potwór żył, dawał o sobie nieustannie znać.
Zacisnął usta, odchylając głowę w bok jakby naprzeciw niego było coś czego nie chciał zobaczyć.
Tak... w płytkach którymi wyłożona była łazienka widział samego siebie.  To tego człowieka tak bardzo sie bał.
Spuścił wzrok na swoje stopy, czując jak gorący jest jego oddech i jak szybko płynie krew w żyłach.
„Nie dam sie pokonać” myślał. „Nie dam sie pokonać”
Sapnął, ostatni raz.
„Nie dam sie pokonać”
Energia wzrosła w nim do maksimum, wywołując wybuch.
- KURWA! – wrzasnął, jakby obdzierano go ze skóry. Zapłakał, łzy zmieszały sie w wodą.
Trzymając zaciśniętą pięść na ścianie, spostrzegł brązowawą ciecz wydostającą sie z nadgarstka. Przyzwyczajony do tego widoku, opłukał tylko ręke. „Nikt nie zauważy” wyszeptał, pewny siebie.
- Jutro idziemy do Jenny – usłyszał zdecydowany ton swojego brata. Michael stał w drzwiach, wogóle nieskrępowany nagością Matta.

- Czyli naprawde jest ze mną tak źle – przyznał w końcu, sam przed sobą, Matt Tuck. 

Cześć. Jak, wciągnęliście sie w opowiadanie? Mam nadzieję że tak. Zapraszam do czytania i komentowania :)
3 kom - next

wtorek, 10 maja 2016

1. Waking the Demon



- Usłyszał tylko szelest, nic więcej – mówił Matthew, rzucając swoją skórzaną kurtkę na sofę. Stał nad swoim bratem Michaelem, oglądającym wygodnie telewizję.

- I nic sie nie stało? – zapytał długowłosy szatyn, opierając nogi na stoliku.

- Nie, przynajmniej nikt mnie nie śledził – Matt Tuck opierał się o ramę okna, wyglądając na Pandemonium zeżarte przez mrok. Zbliżała sie północ, księżyc w pełni górował nad oceanem w oddalli. Mieszkając na wzgórzu, chłopak nauczył sie jak piękne są widoki z tej perspektywy.

Jego czarne włosy opadały na plecy, zlewając sie z tego samego koloru bezrękawnikiem. Jednak, strój jego błyszczał miejscami, jakby brudziła go jakaś brunatna ciecz.

- Idź sie przebierz, zwracasz uwagę – odezwał sie Padge, zanim włożył do ust kolejną garść chipsów.

- Ta, tato – wymruczał Matt i skierował się do swojego małego pokoju.

Padge był starszy od Matta tylko o 4 lata, aczkolwiek zawsze był dla młodszego wzorem do naśladowania, synonimem opieki i rodzicielskiej miłości jakiej żaden z nich nigdy nie zaznał.

Zdjąwszy koszulkę, upadł na łóżko, opierając sie o poduszki przy ścianie. Materiał stykając sie z zasklepiąnymi już bruzdami na łopatkach, powodował niewielki ból, który chłopak zignorował. Wiedział że to bardziej bolą wspomnienia.

Uniósl głowę by spojrzeć na ścianę przed sobą. Oprócz regału z ciuchami, znajdwały sie na niej plakaty zespołów a na podłodze w kącie swoje miejsce miała gitara elektryczna Matta.

Zamknął lekko oczy, był zmęczony fizycznie. Jednak, od wewnątrz rozpierała go siła której nie rozumiał.

Przekręcił sie na bok i ułożył nogi na brzegu łóżka.

Kilka minut później, Michael Padget otworzył drzwi do pokoju.

- Śpisz? – zapytał, widząc skulonego brata.

- Nie, udaje... – wymruczał Matthew.

- To sie podnoś, nie spędzimy Pełni siedząc w domu – Rzucił i wyszedł, zostawiając uchylone drzwi.

- Pełnia... już dzisiaj ją świętowałem – pomyślał Matt, od niechcenia wstając i zakładając świeżą białą koszulkę. Pasowała do ciemnych dżinsó i trampek.

- Gotowy? – zapytał donośnie Michael, stojąc już na wyrandzie.

- Tak – Matt pociągnął nosem i razem z bratem zszedł po schodach, po chwili znikając w gąszczu drzew.

Znajdujemy ich idących ciemną uliczką w niewielkim miasteczku na wyspie. Jest mroczne, jak całe Pandemonium.

- I wchodzimy tyłem, jak zwykle? – zagadnął młodszy.

- Tak, musze sie zobaczyć z Jamie’em – odparł Michael. Jego gęste i napuszone lekko włosy powiewały na wilgotnym powietrzu.

Ostatnio noce są tu zimniejsze, zwłaszcza kiedy księżyc jest w pełni.

Obok dużego śmietnika były drzwi do niedużego budynku.

Otworzywszy je, poznajemy Jamiego Mathiasa. Młodego, krótkowłosego chłopaka. Akurat palił papierosa, kiedy spotkał sie z Mattem i Padgem.

- Jak sytuacja? – zapytał po szybkim przywitaniu.

- Żadnych śladów, musieli być nadwyraz ostrożni – Powiedział skupiony Matt, stojąc z rękami w kieszeni.

- A trop gdzieprowadzi?

- Nie, ślepa uliczka.

- Nie mamy tak naprawde nic – wystchnął Michael, czując w środku wkurzającą bezradność.

- Wążne że jesteśmy bezpieczni. Na razie... – dodał Mathias – Idziemy, koniec tej żmudnej wymiany bezsensownych zdań – kończąc zdanie, otworzył metalowe drzwi.

Grupa weszła do oświetlonego baru, gdzie muzyką wieczoru był klasyczny rock w wykonaniu Pink Floydów. Można tam był znaleść dziwkę, emerytowanego komandosa czy bezdomnego żebrzącego o jeszcze jedno piwo.

Ignorując tych wszystkich pijaków, przyjaciele stanęli przy barze. Spotkali wzrokiem młodą, ostro umalowaną dziewczynę z o wiele za dużym dekoltem. Nie była w typie żadnego z nich.

- Daj nam trzy piwa, Gisele – rzekł sucho Jamie.

- Mathias... – syknęła z pogardą – Jak zawsze traktujesz mnie na równi.

- Nie ja pieprzyłem co drugą fleje w tym barze – Mruknął, rozglądając sie po tych „flejach”.

- Oskarżasz mnie o coś? – odburnknęła Gisele, nalewając piwo do kufli.

- Nie, tylko nie rozumiem twoich wartości – Jamie uśmiechnął sie bez wyrazu.

- Nie musisz, ciebie bym nie tkneła.

- Tak, za mało śmierdze – Jamie zmienił uśmiech na szerszy i po chwili puścił oczko do barmanki.

Matt i Padge, stojąc za nim obserwowali tą dziwną scene z pustką w głowach.

Kiedy oddalili się od baru, Matt w końcu podjął temat.

- Co to właściwie było? –zapytał przekrzykując lecącą w głośnikach Comfortably Numb.

- Gram z nią, nie widzisz? – Jamie odpowiedział dopiero, gdy siadali przy zwykłym drewnianym stoliku na tak samo niewyróżniających sie krzesłach.

- To taki manewr, nie chce jej dać szansy a mimo tego z nią flirtuje – powiedział mamlając wykałaczkę w ustach.

- Po co? – zapytał zdziwiony Michael.

- Po to – Jamie oparł się na łokciach – Żeby zobaczyła jak to jest kiedy ktoś zgrywa niedostępnego i cie odrzuca.

W końcu, pyrgnął zgryziony kawałek drewna na stół.

- Ona robi tak samo i czuje sie bezkarna.

Słuchając słów Jamiego, zamyślony Matt nie rozumiał z tego ani słowa. Rozglądał sie, widząc dookoła kilka dziewczyn ładniejszych od tej która sprzedała im piwo.

- Ale możesz mieć każdą. I to na poważnie, Jamie! Nie baw sie w jakieś zemsty tylko znajdż jakąś na stałe – Michael wkręcił się w tą dyskusje.

- I po co mi to? – parsknął jego rozmówca. Nie wyglądał na zainteresowanego jego słowami.

- Ja pierdole...

Matt przysłuchiwał się, jednak nie robiło to na nim żadnego wrażenia.

Usłyszał że nastała cisza. Jego koledzy wyczerpali limit głupich rozmów na dziś.

- Zaraz wracam – Tuck szybko wstał od stolika i zniknął, nie tłumacząc sie.

W łazience waliło szczynami i gdzieniegdzie pozostał zapach nieszczerej miłości którą uprawiano tu bardzo często. A najczęstszą prowokatorką była Gisele, na czele ekipy kilku miejscowych panien nieznających ograniczeń.

- Świństwo – parsknął cicho chłopak. Przechodząc obok lustra, zobaczył swój profil. Niewysoki i chudy chłopak w lustrze, jakby go wołał.” Spójrz mi w oczy” tak twierdził.

- Czego chcesz, wariacie? – Matt często gadał ze swoimi myślami. Z tym kimś kogo miał w sobie.

- Potrafiłbyś zabić ponownie, jeszcze dzisiaj? – spytał głos w jego głowie.

- Mam dość – syknął zrezygnowany szatyn.

- A ja nie – Nagle, pojawiło sie wszechogarniające gorąco. Na ciele chłopaka pełzały dreszcze, jak mrówki.

- Zabij, Matthew. Przecież wiem że tego chcesz – Matt Tuck, zwykły mieszkaniec Pandemonium. Rozmawiał z demonem, patrząc w swe tęczówki, które stopniowo nabierały ognistej barwy.


Cześć. Jak wam sie podoba pierwszy rozdział opowiadania? Jesteście zainteresowani? :)

3 komentarze - następny rozdział

Jeśli chcecie być na bieżąco, zostawcie swoje namiary w zakładce Informowani :)