poniedziałek, 19 września 2016

7. We are staying


- No o co chodzi? – spytał wesoło, myśląc że to jakiś żart.

- O nic Jamie, myśle że powinniśmy spadać – Matt chciał cofnąć sie i po prostu wyjść.

- Tuck, daj spokój – Andy rzekł do Matta, brzmiał dośc przekonująco. Adlet zatrzymał się, stojąc plecami do niego i Mathiasa.

Zastanowił sie chwilę, po czym stanął twarzą do wampira. Jamie stał i nie wiedział o co chodzi, chciał tylko zapoznać ze sobą swoich znajomych.

- A jaką mam gwarancję że nie dojdzie tu do jakiejść rzezi? Że nie wbijesz mi kłów w plecy albo coś? – Ciśnienie Matta wzrosło, Andy zachowywał stoicki spokój. Najwyraźniej udawał przed Jamiem dobrego człowieka. Jamie chyba znał sekret Biersacka, skoro uważał że Adlet z wampirem mogą sie polubić.

Andy zaśmiał się bezczelnie, jak myślał Matt.

- Nie jesteśmy w pracy, Matt – Andy szczerzył zęby – Jesteś na mojej imprezie, alko i laski są do twojej dyspozycji – Andy uśmiechnął się do Matt i niespodziewanie, odszedł wraz z resztą Veil Brides.

- Nie wyglądał groźnie... ale też nie przekonał mnie – Matt nie ruszał się przez chwilę, myśląć. Zapach wampirów drażnił jego nozdrza.

Odwrócił się do kumpli i niechętnie stwierdził „Zostajemy”.

- Możesz mnie oświecić? O co tu chodzi? – Jamie znalazł chwilę by zapytać o to Matta. Chciał dobrze, to pewne... ale nie wyszło.

- O to że Biersack to najgorsza szuja w tym mieście. Nie powinieneś sie z nim zadawać – Matt szedł do kuchni, reszta podążała za nim, Jamie obok.

- A co on takiego robi? – dopytywał Mathias.

Tuck westchnął ciężko, zanim odkręcił butelkę wódki.

- Zabija ludzi, Jamie. Dla zabawy i dlatego że jest wampirem – Ostatnie słowo Matt dodał asekuracyjnie, jakby Jamie jeszcze sie nie domyślił.

Nalał alkoholu do czerwonego kubka i zalał to colą.

Zwrócił się do przyjaciół.

- Chlajcie! Andy mówił że możemy czuć sie jak u siebie! – krzyknął. Był jeszcze spięty, ale instynktownie czuł że po wypiciu zawartości kubka będzie mu wszystko jedno kto jest tu gospodarzem.

Andy Biersack był mordercąi niewykluczone że też gwałcicielem. Nigdy nie wnikał w sprawy Black Veil Brides, trzymał się jak najdalej od tych istot. Byli wrogami, odkąd powstały te dwie rasy.

A teraz adlet i dwóch wilkołaków chlają razem na imprezie u wampira...

Gisele oparta o poręcz na tarasie, wpatrywała sie głęboko w oczy Jamiego. Ten stał nad nią, gładząc ręką jej szyję. Po chwili pocałowali się, będąc naprawde blisko.

- Stawiam dwie stówy że pójdą na góre – powiedział Matthew, patrząc na tę scene.

- Raczej na dół, wampiry mają sypialnie w piwnicach – Michael sie wtrącił, trochę irytując Matta. Ale miał w sumie racje.

- Zwał jak zwał, Jamie dzisiaj zarucha! – Matt podniósł głos, szczerząc sie. Czuł że zaczyna sie rozluźniać. To chyba dobrze?

- A co z Biersackiem? Lepiej mieć na niego oko czy wyluzować? – zapytał Moose.

Matt mlasnął, jakby sie zastanawiał. Tak naprawde, na tę jedną noc mogą odpuścić układy między nimi.

- Odpuścić... i to po całości – Ruszył w stronę wejścia do domu, nie zauważając nawet że Jamie z Gisele naprawde gdzieś zniknęli, ciekawe w jakim celu...

Obok szklanych drzwi na taras z kuchni, Biersack gadał z Jakiem Pittsem, swoim kumplem z bandy. Długowłosy wampir stoczył kiedyś bitwę z Mattem i Padgem, Andy mu towarzyszył.

- Andy, niezła impreza, muszę ci powiedzieć – Matt był już chyba pijany... Uśmiechał się podczas rozmowy z jednym ze swoich wrogów, co raczej nie było normalne.

- Dzięki...- Chłopak był zmieszany, zauważył zmianę w zachowaniu Tucka – Dopiero sie rozkręcamy, do białego rana będziemy tu siedzieć.

- My raczej też, impreza zapowiada sie ciekawie. Słuchaj, Biersack...

- Mów mi Andy, zapomnijmy o tym całym gównie – Młody wampir lekko sie uśmiechnął. Matt szybko ocenił jego intencję na życzliwe.

- Masz na myśli rozejm, Biersack? – Matthew był odrobinę zdziwiony, jednak myślał pozytywnie.

- Tak, coś w tym stylu.

Tuck zastanowił się chwilę. Andy widać uważał go za przywódce stada choć całe Pandemonium widzi Alfę w Padge’u.

- Niech będzie. Matt – Chłopak uśmiechnął się i podał ręke Andy’emu.

- Andy, też mi miło – Obaj zaśmiali się , postanawiając że na razie to chyba koniec konflitów z Veil Brides.

- Podoba ci sie tutaj? – spytał wampir.

- Impreza jest spoko, a chate to ty masz... – Matt szybko omiótł wzorkiem dom – Zajebistą.

- Powinniśmy się częściej spotykać. Naprawde, te stare konflikty...

- Pogrzebać – stwierdził szybko Matt z uśmiechem.

Andy też się uśmiechną.ł, klepiąc Matt po ramieniu.

- Dokładnie bracie. Cóż, znikam w kuchni, sprawde jak reszta. Bawcie sie!

Andy odszedł, Matt stał sparaliżowany atmosferą luzu Andyego która najwidoczniej mu sie udzieliła. Uśmiechnięty, wrócił do swoich kumpli. Spojrzeli na niego, nie wiedząc czego sie spodziewać. Matt wraca zadowolony z pogadanki z wampirem?

- Nawet fajny ten Andy, pogadać z nim można... – rzekł, po czym wychylił ostatni łyk z kuba. Tak jak podejrzewał, kiedy czujesz tą nicość w swoim ciele i czasem lekkie uderzenia gorąca, wszystkie spory przestają mieć znaczenie.

- Jamie gdzieś sie ulotnił – Matt usłyszał Moose’a.

- I nie poszedł sam... – dodał Michael. Przybili z Moosem żółwika, Matt zarechotał.

- Jak zostanie ojcem to będe sie śmiać.

- Czego? Bylibyśmy chyba dobrymi wujkami – powiedział Moose, po czym zobaczył zwijającego sie ze śmiechu Padge’a.

Matt odpalił papierosa i szybko wypuścił obłok dymu. Naprawde, podobała mu sie ta impreza. Było jeszcze wcześnie, choć ciemno. Klimat był sprzyjający, mogli tu siedzieć do rana.

Chłopak przechadzał się po tarasię, gdy kątem oka zauważył zbliżającą się do niego postać.

Płeć żeńska... i to w całkiem ładnym opakowaniu.

Matt spostrzegł że dziewczyna kieruje sie do niego. Zawiesił na niej wzrok. Podeszła i spytała „Masz poczęstować papierosem?”.

Zanim usłyszał pytanie, zdążył już dokładnie ją zlustować. Blada cera i długie do pasa, kruczoczarne włosy. Mogłaby być wampirem, i tak była idealna dla Matta.

I w tym wzroku którym ją obdarzył, dało się wypatrzyć nie tylko zainteresowanie... lecz i pożądanie?

Miała na sobie zawiązaną pod piersiami czarną koszulę i tego samego koloru szorty. Do tego buty trapery...

Wyglądała na ostrą jak brzytwa sztukę.

- Tak, mam – odparł chłopak odrobinę oszołomiony, choć starał się nie dać tego po sobie poznać.

Dziewczyna odpaliła papierosa swoją zapalniczką.

- Przyszłam tu do Ashley ale nie widziałam jej nigdzie – powiedziała, rozglądając sie.

Matt zaśmiał się.

- Pewnie jest z Andym, może w kuchni – powiedział a dziewczyna podążyła za nim gdy szedł do środka.

Rozejrzał się, wokół wyspy z alkoholem tłoczyło się sporo nieznajomych osób, lecz napewno były to wampiry. Ashley i Andyego tam nie było.

- To nie wiem gdzie są, musiałabyś ich poszukać.

Zastał dziewczynę przy blacie.

- Sami sie znajdą, najpierw sie napije. Co to za impreza na trzeźwo – powiedziała z lekkim uśmiechem, gdy lała whisky do szklanki.

- Zgadzam się. Możesz? – Matt już napewno był wstawiony, jednak podsunął jej kubek by nalała mu bursztynowego płynu.

Po chwili oboje wyszli na taras. Matt już nawet nie szukał ani Ashley ani nawet Michaelów, obchodziła go tylko ta jedna... jak jej tam...

Podczas przechadzki po tarasie, Matt zagadnął.

- Tak wogóle, Matt jestem – podał jej wolną ręke, w drugiej niósł drink.

Podarowała mu uśmiech, mówiąc „Sarah”.

- Jesteś koleżanką Ashley? – zapytał chłopak, by nie przerywać dialogu. Każde słowo z jej ust było muzyką dla jego uszu.

- Tak, znamy się dość długo. Odkąd wprowadziła się na wyspę – przystanęła, opierając łokieć o balustradę. Jej blada skóra mocno kontrastowała z ciemnym pejzażem wyspy. Rozciągał się w oddali, przykuwając uwagę. Choć to tylko zwykła ciemność, nie wiadomo jakie tajemnice kryje.

- Ona tu przyjechała do Andy’ego? – zapytał Matthew, też spoczywając wygodnie na barierce. Czuł w sobie kilka drinków które wypił i było to dla niego dobre. Tak sądził...

- No, wszyscy to wiedzą. Nie widziałam bardziej zakochanej pary... Zrobiliby dla siebie wszystko.

Matt uśmiechnął się. Po głosie dziewczyny wywnioskował że ta miłość jej imponuje. I nawet zaczął sie zastanawiać czy nie mógłby z metala,egoisty i potwora zmienić się w rycerza na białym koniu...

- Wiesz, zapytam cię... – Chłopak przykuł swoimi oczami uwagę Sarah – Ashley to twoja przyjaciółka... A nie przeszkadza ci że Andy jest wampirem?

- Nie, dlaczego? – Dziewczyna zaśmiała się, a Matt zauważył że nie powinien o to pytać.

Alkohol chyba adziałał za szybko. Chłopak miał już w głowie scenariusz – Rozmowa, pocałunek, piwnica czy gdzie tam oni mają sypialnie... O to musiałby zapytać Jamiego bo tego gościa już długo nie ma w pobliżu.

- Nic... Tak pytam. Widzisz, Biersack... jest troche... – Zastanawiał się czy gdy wyjawi swoje opinie o Andym, ona dalej będzie tu stała i gadała z nim w najlepsze. Owszem, pogodzili sie... chyba. Jednak, Matt przeczuwał że to tylko pozory i jutro znowu spotkają Andyego z jakimś trupem w biały dzień w środku miasta.

- Dziwny? Tak, wiem o tym. Jest zabójcą...

- I gwałcicielem – Matt podjął temat, widząc że chyba sie dogadają.

- Nie, to to nie. Raczej... tak myśle że nie byłby w stanie. Jest miły, szarmancki...

- I chciwy. I kłamliwy... – mruczał Matt.

- Nie no, nie sądze. Chyba przesadzasz – Sarah patrzyła na Matta ze złością. Ta dziewczyna wyjątkowo szybko sie irytuje.

Scenariusz który Matt miał w swojej napitej głowie, właśnie poszedł spać z syrenami.

- Nie o to mi chodziło. Ja go wcale nie obrażam... – Matt desperacko zaczął wypluwać z siebie słowa, myśląc że dziewczyna zaraz odejdzie.

-Obrażasz. I chyba go nie lubisz? – spytał, odstawiając pusty już kubek na podłogę.

- Nie o to chodzi. Przeszkadza mi w nim kilka rzeczy ale...

- Ide poszukać Ashley. Trzymaj sie – Niespodziewanie, w połowie zdania, rozmówczyni Matta odeszła. Kierowała się do domu, Matt odprowadzał ją, a jego oczy krzyczały „Wróć”.

Cześć. Mam nadzieje że czekaliście na rozdział i że ten was zadowoli :) Czekam na opinie w komentarzach

czwartek, 28 lipca 2016

6. Party with enemy

Aurę zamyślenia która otoczyła wyrandę, przerwał rozdzierający ciszę odgłos telefonu Matta. Dzwonił Jamie by zaprosić ich do siebie.
Już od parteru, na schodach słychać było krzyki i śmiechy. To tylko dwóch chłopaków, którzy wyśmiewają ich kumpla.
- Będzie sie tłumaczył, oh będzie! – śmiał się Tuck.
-„Ja z nią tylko gram” – dodał Padget.
- Ciekawe, friends with benefits czy coś lepszego z tego wyniknie...
- Oby nie, Jamie musi  mieć dziewczynę a nie zabawke do ruchania większości miasta.
Weszli do mieszkania, ignorując fakt że Mathias może mieć gości czy coś. Drzwi kłapnęły, wywabiając Jamiego z salonu. Wzrokiem, spotkał chłopaków w korytarzu.
- Siema, siema, wchodźcie  - Przywitał się, podając każdemu dłoń.
- Nie Siema, tylko opowiadaj ci ci odjebało – Matt uśmiechnął się. Zza ciemnych okularów nie można było dostrzeć ogników błyskających w jego oczach.
- Jakiegoś gówna nie złapałeś? Wiesz ilu już ją ruchało – Padge wtrącił swoje trzy grosze.
- No, Michael ma racje. Nie wiadomo co w trawie piszczy.
- Ej, spokój. Ogarnijcie sie... jakie gówna? – Jamie sprawiał wrażenie zaskoczonego tą lawiną słów.
- No... choroby ... różnego rodzaju – Matt cedził słowa, tłumiąc śmiech. Tak naprawde, śmieszyła go głupota Jamiego.
- Pff... Choroby. Jakbyś przeżył to co ja, to już dawno by cię to nie obchodziło – Jamie z łobuzerskim uśmieszkiem ruszył wgłąb mieszkania, prowadząc przyjaciół za sobą.
- Czyli opłacało sie ryzykować? – spytał Matt.
- Jeszcze jak. Wina? – Jamie stanął obok zostawionej na podłodze butelki z alkoholem.
- Ciebie całkiem... Jeszcze wino z nią chlałeś? – Matt otworzył usta, będąc zszokowanym. Zawsze wierzył w szczerą miłość, a zabawy w seks go brzydziły.
- No co? Atmosfere chciałem zrobić – Jamie, nie dostając odpowiedzi, pociągnął łyk z zielonej butelki.
Matt chichotał, Michael siedział w ciszy mając gdzieś sprawy sercowe Jamiego. Ale chyba zastanawiał się jak można być aż tak głupim jak on.
- Swoją drogą, idziemy dzisiaj z Gisele na impreze. Może byście sie wybrali?
Żaden z chłopaków nie odpowiedział, widocznie zatrzymali się na „Z Gisele”.
- Ty serio chcesz z nią być? – Matt zapytał, jednak bardziej chyba stwierdzając.
- Serio. Tak to ją obrażałem, wyśmiewałem... Ale jak ją bliżej poznać to naprawde jest warta zainteresowania.
- Zainteresowania, a nie związku, Jamie... – Tuck westchnął, opierając łokieć na oparciu kanapy. Spojrzał na Michaela który spytał „ A gdzie ta impreza?”.
- W domu znajomego,  chce żebyście sie poznali. Myśle że  sie polubicie, nawet fajny chłopak – mówił Jamie.
-Myśle że możemy sie zgodzić. I sprawe mamy, chłopie...
Matt opowiedział Jamiemu o swojej wyprawie do krainy Mrocznych i spotkał się z dość dziwną reakcją.
Mathias zaczął rechotać, trzęsąc sie tak że prawie spadł z brzegu kanapy, gdzie siedział.
Michael i Matt czekali aż głupawka minie.
- Chciałbym zobaczyć jak tłuczesz się z Moosem – wychrypiał w końcu Jamie, ksztusząc sie – To musiało nieźle wyglądać!
- Żebyś wiedział – dodał Michael – Ale co z tym gościem, Jamie?
- Hmm... Tak to nie kojarze, jakbym go zobaczył to może...
- Też chciałbym go spotkać. Zna mnie, chociaż ja go widziałem pierwszy raz. I te oczy... żebyś ty Jamie widział te oczy.
- I ten smród, okropność – wtrącił Michael.
- Nie wiem, nie moge nic zrobić. Tym bardziej że jestem tylko człowiekiem – Jamie rozłożył ręce.
Matt już nic nie mówił. Zapadła cisza, gdy chłopak wpatrywał się w Gibsona stojącego przy ścianie.
- Grałeś coś ostatnio? – spytał Jamiego.
- Tak, coś napisałem. Riffa nowego.
- Pokaż co żeś tam ugrał – mruknął gdy Jamie już szedł po gitarę w podpalanym kolorze.
Jam session potrwało około godziny. W tym czasie Matt zdążył też zadzwonić do Moosa i przeprosić go za swoje głupie żarty. Wilkołak zgodził się towarzyszyć im wieczorem. Szkoda że nie wiedział jeszcze o prośbie którą Matt do niego ma.
Michael z Mattem wrócili do domu o 13. Z Jamie’m umówli się na 17 więc następne kilka godzin planowali siedzieć w domu.
 Nudzili się, gadali i rozmyślali co ich kumpel miał na myśli mówiąc że sie polubią z jego znajomym. 
Matt wyszedł spod prysznica, kiedy zegar wskazywał godzinę 16.  Padge poszedł się umyć,a Matt ubrał nowe ciuchy, jednak bardzo podobne do tych które miał na sobie wcześniej.
 Chłopak zawsze nosi sie w czerni, typowe dla metala. Zakłada trampki, ciemne dżinsy i najczęściej bezrękawnik. Tym razem włożył jednak zwykły tshirt i skórzaną kurtkę. Zaczesał włosy do tyłu, zwykle powiewają mu na twarzy.
Gdy do 17 zostało pół godziny, obaj bracia siedząc na kanapie czekali na Moose’a. Matt chciał jeszcze w domu, na spokojnie z nim porozmawiać.
Rozległo się pukanie do drzwi. Ich wzrok się tam skierował.
 Michael dołączył do nich, przywitał się i usiadł obok Padge’a.
- Dawno nie chlałem, szczerze mówiąc – śmiał się.
- Ja ostatnio w barze, jak Matty miał atak. Ale za długo tam nie posiedzieliśmy... – powiedział Michael, patrząc na Matta gdy mówił ostatnie słowa.
- Wiem, spierdoliłem – Przyznał Tuck.
- Ale już jest okej, przynajmniej mam taką nadzieje – dodał Padge.
- Dobra, koniec pierdolenia – Matt podsumował tę durną wymianę zdań i skupił wzrok na Michaelu Thomasie.
- Moose, musimy o czymś pogadać – Słysząc te słowa, Michael teżspojrzał kumplowi w oczy.
- Wiesz że podczas pełni odrobine... wariujesz – Matthew starał się ostrożnie dobierać słowa, żeby nie pwtórzyła się sytuacja z wczoraj. Na szczęście Moosa to nie uwaziło.
-Noo... I co z tego? – spytał.
- Dałbyś rade to powstrzymać i mi pomóc? Potrzebuje psa tropiącego
- Co kurwa?! –  pisnął Moose, prezentując wyraźne zdziwienie.
Ego wilkołaków – Jedna z rzeczy których Matthew Tuck już nawet nie próbuje zrozumieć.
Wiedział że Padge teraz tłumi śmiech, jednak kontynuował.
- Nie psa, źle sie wyraziłem... Tropiciela który wyczuje źródło tego smrodu którym wale od wczoraj!
- Miałem ci tego nie mówić... – przyznał niepewnie Michael, jednak już na wejściu poczuł że aura Matta jest inna – To ten typ co go spotkałeś przy pgnisku, tak?
- Tak, dokładnie. Musimy go znaleźć, a skoro ja śmierdze nim na kilometr to myśle że byś sobie poradził. Moose...
Ton Matta był prześmieszny, lekko błagalny. Michael nie chciał więcej oglądać tej szopki, zgodził się od razu.
- To jutro trzymaj bestię na smyczy, nie wariuj – Matt uśmiechnął się do Michaela, gdy wychodziii z domu. Ten się śmiał, schodząc z kumplami po schodach.
 Przed domem Matta i Padge’a czekał Jamie... z „dziewczyną”.
- Naprawde jest brzydka – powiedział telepatycznie Matt.
- Za chuja do niego nie pasuje – usłyszał Padge’a.
- I gruba – wtrącił sie Moose.
Matt uśmiechnął sie niezauważalnie.
Zbliżyli się. Jamie nie puszczając ręki swojej partnerki powiedział wszystkim „Cześć”.
Gisele próbowała ukryć swój lekki brzuszek pod czarną sukienką. Była obcisła... Za bardzo. Jej ciemne włosy były lekko pofalowane, blada twarz kontrastowała z czerwoną szminką, a oczy podkreśliła bardzo mocno eyelinerem.
Na nogach miała szpilki, a w ręce dzierżyła niewielką skórzaną torebeczke.
- Cześć Jamie. Cześć Gisele – Matt powitał Gisele serdecznie, chcąc udawać że nigdy nie powiedział o niej złego słowa.
- Cześć, miło mi was w końcu poznać. Zawsze tak.. przelotnie sie widywaliśmy – powiedziała, uśmiechając sie. Wszyscy już zapomnieli jak nazwała ich wczorajszego wieczoru.
Ruszyli za Jamie’m.
Matt z Padgem dalej rozmawiali w myślach, ciesząc sie w tym momencie że Mathias jest tylko człowiekiem.
- Jakby schudła to może...może... ale ak to nie, nie wpadłaby mi w oko – powiedział Padge.
Matt spojrzał na niego z łobuzerskim uśmieszkiem.
- Paadge, bracie... Tu od liceum nie ruchałeś, nawet z takiej byś sie ucieszył.
Matt śmiał się bezgłośnie, Michael tylko patrzył na niego spodełba.
- Zajebał ci ktoś kiedyś? – usłyszał w swojej głowie.
- Tylko spróbuj – wykrztusił.
- Co wy tam tak cicho? – Jamie szedł przodem, dopiero teraz przypomniał im w swojej obecności.

- Nic, nic... Przyrode podziwiamy! – śmiał się Matt. Padge i Moose tak samo, jednak żaden z nich nie powiedział Jamiemu co sądzą o jego nowej dziewczynie.
Szli przez las, ścieżką wśród drzew. Usłyszeli muzykę, która ich zaintrygowała. Metalcore, głośny  metalcore...
- Coś czuje że serio polubimy twojego kumpla – powiedział Matt do Jamiego. Zza drzew dało się już zobaczyć duży dom pośrodku niczego. Żadnego płotu, nic. Po prostu ogromny dwupiętrowy dom na polanie.
W stylu nowoczesnym, co wogóle nie pasowało do Pandemonium.
- Padge, przeprowadzamy sie! – Zbliżyli się coraz bardziej, a kawłek As i Lay Dying stawał sie coraz głośniejszym. Spotkali już wzrokiem dość dużą grupę ludzi która jarała fajki na zewnątrz.
- Podoba ci sie? – Padge był zdziwiony. W jego stylu nie były nowoczesne domy, wolał klasykę i stare budownictwo. Chyba dlatego tak lubi ich chatkę wśród drzew.
- I to jak... – mówił Matt. Weszli do hollu, zatłoczonego. Tuck rozglądał się. Na górze była antresola, korytarz i kilka par drzwi.
Z hollu wchodziło się do kuchni, drugie wejście prowadziło pewnie do salonu.
Jamie poprowadził ich do ciemnej kuchni. Hall był jasny, w kuchni zaś ściany i nowoczesne, kanciaste szafki były ciemne.
Na wyspie na środku dość dużego pomieszczenia walały sie paczki fajek, kubki i stały obok siebie butelki alkoholu. Padge już zauważył swoje ulubiony whisky, od razu postanowił że ta noc będzie należała do udanych.
- Ej, Jamie! Moge sobie drinka zrobić? – spytał, choć to nie Mathias był tu gospodarzem.
- Czekaj, przedstawie was Andy’emu. To jego impreza! – W tym domu trzeba najwyaźniej krzyczeć. Muzyka jest głośna, ludzie sie wyglupiają i drą mordy.Matt był w swoim żywiole, Padg’owi coś takiego sie podoba dopiero po którymś z kolei drinku z whisky.
- Dlaczego czuje wampiry... – Matt usłyszał mruknięcie Moose’a.
- Ty też? – spytał zaskoczony.
- Jamie, gdzie my kurwa jesteśmy... – zapytał sam siebie w myślach, czekając na rozwój wydarzeń. Wampirami skażony był cały ten dom. I że Jamie, ten który sra w gacie na widok Adleta, ich tu przyprowadził to jakieś szaleństwo
Znaleźli się na ogromnym, wyłożonym płytkami tarasie. W oddali obok barierek, stało trzech chłopaków. Długie włosy, ciemne ubrania.
I Ashley Costello obok nich!
- Kurwa mać... – zapewne te słowa królowały w myślach Padge’a, Matta i Micheala gdy zobaczyli dziewczynę swojego wroga.
- Andy, brachu! Siema, co tam? – Jamie krzyknął, jeden z chłopaków się do niego odwrócił.
- Ja pierdole, to sie nie skończy dobrze... – pomyślał Matt, zaciskając usta. Andy Biersack właśnie właśnie witał się z Jamie’m.
- To żeśmy wbili na impreze... – usłyszał średniozadowolonego Michaela.
- Ja bym stąd spadał – dodał Moose.
- Chłopaki, to jest Andy. Mój kumpel, poznaliśmy sie w barze. Kiedyś, dawno temu – Jamie był zadowolony, przedstawiając im Andyego, który też uśmiechał się lekko. Dopiero po chwili Mathias zobaczył niepewne miny swoich przyjaciół.

Cześć. Jak wasze wakacje? Ja siedze na bezrobociu już od jakiegoś czasu i szczerze, siedzenie w domu jest straszne. Na początku może fajne, ale potem wkrada sie rutyna...
Co myślicie o rozdziale? :)
Jeśli chcecie być informowani o nowych wpisach na blogu, zostawcie e-maile w zakładce Informowani

sobota, 16 lipca 2016

Liebster Award


Cześć. Zostałem nominowany do Liebster Award przez http://mojezycioweopowiadania.blogspot.com/.
Nominuję jednego bloga, jest to http://glonek-bb.blogspot.com/  Pytania podam pod swoimi odpowiedziami ;)




1. Jak się czułeś/aś zakładając bloga?

Szczerze, nie pamiętam. Dawno temu zacząłem swoją przygodę z blogowaniem.
2. Jak się czułeś dodając pierwszy post, a jak dodając najnowszy?

Hmm... Przy pierwszym miałem nadzieję na rozpowszechnienie się bloga. Przy najnowszym, powoli ją trace :)
3. Jesteś Optymistą czy Pesymistą?

Optymistą, zdecydowanie.
4. Co sądzisz o moim blogu?

Jest ciekawy. Nie w moim stylu, ale ciekawy :)
5. W jakim celu założyłeś bloga?

Żeby dziellić się z ludźmi swoimi opowiadaniami
6. Czy zgadzasz się z tym cytatem?

Jak najbardziej ;p
7. Kiedy założyłeś pierwszego Bloga?

Dawno temu. Jak miałem 15 lat, mam 21
8. Czy zgadzasz się z tym, że blog jest dla bloggera jak dziecko?

Tak. Dbasz o niego jak o potomka :)
9. Jakim jesteś człowiekiem?

Na to pytanie można odpowiedzieć na wiele sposobów.

Odpowiem po protu:uczicwym,dobrym,szczęśliwym.
10. Ile masz blogów i z iloma współpracujesz?

Mam trzy blogi, współpracuje z jednym
11. Jakich blogów nie lubisz?

Pisanych na siłe i przez osoby bez wyczucia i talentu. Takie "dla fejmu" i "o,nudzi mi sie. Założe bloga"




Pytania dla Glonek
1. Kto jest twoim idolem i wzorem do naśladowania?
2. Jakiej muzyki słuchasz?
3. Podaj jedną swoją cechę.
4. Co cię skłoniło do pisania bloga?
5. Co sądzisz o dzisiejszej modzie i stylach ubierania się?
6. Czy chciałabyś wrócić do czasów bez technologii i zjebanych ludzi?
7. Co sądzisz o ludziach wyróżniających się typu, emo,metal,goth?
8. Jakie jest twoje najlepsze wspomnienie ze szkoły?
9. Umiesz grać na jakimś instrumencie?
10. Jakie jest twoje największe marzenie?
11. Jaki masz styl ubierania się?

sobota, 25 czerwca 2016

5. Some kind of demon

- Jamie! – krzyczał już któryś raz Tuck, gdy razem z dwoma Michaelami stał pod starą kamienicą. W mieszkaniu Mathiasa paliło sie światło.
- Nie chciał wpaść na Jam Session! Uważaj bo na sabat wampirów go wyciągniesz – rzekł Moose do kumpla.
- Jamie Mathias, złaź w tej chwili na dół! – wydarł sie znów Matt. Jednak, ze skutkiem. W oknie pojawiła sie postać.
Była to... średniej urody barmanka. Do tego w staniku i z nieuczesanymi włosami.
- Nie ma czasu, pierdoły jedne!! – Gisele krzyknęła z wściekłością i z impetem zasunęła zasłony.
Przyjaciele zamilkli. Każdy już chyba wiedział że Jamie do nich nie dołączy.
Matt rechotał, patrząc spod kaptura na swoich towarzyszy.
- Niech mnie ktoś uderzy bo nie wierze... – wypowiedział te słowa, tłumiąc śmiech.
- Mówił że z nią gra ale tego bym sie nie spodziewał – dodał Padge, gdy odchodzili spod budynku. Szli dróżką prowadzącą w las.
- Moose, sory że to mówie ale twoja chata wygląda gorzej niż lokal Jenny – Matt objął przyjaciela ramieniem, gdy mijali stary magazyn. W czasach wojny był to skład broni – teraz zamieszkuje tu Moosie.
Budynek z czerwonej cegły, schowany pod siatką maskującą której nikt stąd  nie zabrał od czasu zakończenia powstania na Pandemonium. Okna są powybijane, dach miejscami przecieka, brak prądu i ciepłej wody... A jednak Moose mieszka tu od kilku lat. Pomieszkiwał, wiadomo, z Jenną ale jak widać skonczyło sie to inaczej niż wróżyli mu znajomi. Miał być szczęśliwym wilkiem u boku czarownicy a został tylko bezdomnym kundlem, jak mówi Jenna.
- Nie mów mi o niej, prosze cie... – westchnął Michael z flustracją – Narawde mam dosyć związków na najbliższe kilka tygodni.
- Idziemy w sumie na impreze, może coś sie trafi – zaśmiał sie Padge.
- Nooo.... Jakaś wytatuowana czarnulka która w Pełnie obrasta w sierść. Idealny typ, Moose! – Matt śmiał sie głośniej gdyż byli już bllisko. W miejscu gdzie kończyła sie droga, wyłaniał sie blask ogniska. Ogromnego ogniska,nawet stosem można to nazwać.
Wokół płomieni, tłoczyli sie mroczni Bezduszni. Tak nazywa sie nadnaturalnych mieszkańców Pandemonium.  Jednak, ci dosłownie nie mieli dusz. Serc, nie znali pojęcia Dobra. Byli tymi Mrocznymi, tym określeniem mianuje sie takich ludzi.
- Dobra, nie zgubcie sie – powiedział Matt gdy wtapiali sie w tłum. Dało sie tu wyczuć negatywną energię, która sprawiała że każdy z nich minał sie na baczności. Nie byli tu mile widziani.
- Moose, możesz zacząć szukać sobie dupy. Nawet Jamiemu sie udało  - zaśmiał sie Matt, nie słysząc jednak odpowiedzi.
- No, Michael... – skomlał dalej, chcąc sie troche powygłupiać – No zobacz ile tu panien.
- Odpierdol sie, dobra?! – krzyknął Michael zdenerwowany. Szedł plecami do Matta, teraz mierzył go srogim spojrzeniem.
- A tobie co? – Matt zapytał, nie mając świadomości jakie piekło zaraz rozpęta.
- Bo mam kurwa dosyć twojego podgadywania! – Nieoczekiwanie, Moose rzucił sie na Matt w locie przybierając postać włochatego stwora.
Gdy tylko wilk zawarczał, spojrzenia stojących w pobliżu postaci skierowały sie na walczących.
- Mieliśmy nie zwracać uwagi – pomyślał Padget, stojąc obok. Palił tylko szluga, nie chcąc sie angażować.  Przecież nie chciał wpaść w szpony nieokiełznanego wilka, jakim jest Moose.
Moose kłapał szczękami, chcąc ugryźć twarz Matt który nie zdążył sie przemienić. Leżał na piachu, przygnieciony potężnym wilczyskiem.
Osłaniając sie ramieniem, próbował zepchnąć Moosa z siebie. Ten jednak był silniejszy i uskoczył tylko w bok. Gdy Matt zdołał kucnął, ten znów go zaatakował.
- Kurwa, chłopaki! – Michael wyrzucił papierosa i szybko, stał sie wilkiem tej samej postury co Moose.
Dobił pyskiem do drugiego, rzucając sie na niego. Moose cofnął sie, schodząc z Matta i siłując sie głową z Michaelem.
- To pięknie... – myślał przerażony Matt, otrzepując swoją skórzaną kurtke. Wszyscy patrzyli na tą scene z wrogością w oczach.
Wilki skończyły potyczke, nie wiadomo kto sie poddał. Oddalili sie od siebie, warcząc coś cicho.
- Chłopaki, mamy problem... – westchnął Tuck gdy jego przyjaciele już zauważyli obrót sytuacji.
Michael Thomas podszedł do Matta i spojrzal na niego wściekle, jednak po chwili wszyscy trzej obejrzeli się wokół. Mroczni mieli zamiar ich zaatakować, już wyczuli obcych wśród swojego zgromadzenia.
- Spierdalamy – powiedział Matt szybko w myślach.  Jak batem strzelił, trójka bohaterów ruszyła biegiem w kierunku drogi którą tu przyszli. Jak sie domyślano, większość mrocznych ruszyła za nimi.
Najszybciej biegły wilki, Matt człowiekiem gonił za nimi pozostając w tyle.
Szczęśliwie, dwaj zniknęli w głębi lasu.
Matt już zbliżał się do równej drogi, gdy został złapany przez wyższego od siebie chłopaka za ramię.
Tamten przewrócił go.
Tuck szybko wstał z zamiarem gonienia na oślep, byle najdalej stąd. Był niestety, otoczony przez obcych sobie ludzi.
Nie miał dzisiaj w planach zginąć.
Cała jego odwaga, nagle gdzieś znikneła. Stał tylko, przyglądając sie facetowi który przewrócił go na ziemię.
Był od niego wyższy, znacznie. Bardziej umięśniony i napewno budził respekt. Wydawało sie nawet że jest tu przywódcą.
Miał na sobie ciemne okulary, kurtkę ze skóry i uwydatniający umięśnione ciało podkoszulek dobrany do ciemnych dżinsów i butów.  Irokez błyszczał nad wysokim, zmarszczonym  czołem.
Matt doszedł do wniosku że ten gość nie wygląda na dobrego i takiego z którym warto zadzierać.
- Daleko sie zapuściłeś, Tuck – powiedział grubym głosem.
- Nie miałem zamiaru psuć imprezy – powiedział Matt. Tylko to mu przyszło do głowy.
- He... czy to nie przypadek że tu sie spotykamy? – Mężczyzna zbliżył sie do Matta i zdjął okulary. Ukazały sie jego oczy. Miał źrenice w odcieniu przepaści, ciemności która zapewne nim władała.
- Co tu robisz? – zapytał stanowczo.
-  Nic, przechodziłem tylko i wpadłem na chwile – powiedział chłopak na jednym oddechu. Dotychczas uważał sie za walecznego i niezłomnego. Właśnie przekonał sie że gdy strach przejmuje kontrolę, wszystkie wartości i emocje nikną.
- Pierdolisz, nie można przypadkiem trafić na zlot Mrocznych. Będąc w dodatku zwykłym, słabym adletem – wycedził wyższy. Spuścił wściekły wzrok z niewinnych oczu Matta i wyprostował sie.
- Wyjazd kundu. I żebym cie tu więcej nie widział – palnął, każac swoim towarzyszom sie odsunąć.
„Droga wolna, Matt. Szybko stamtąd odejdź”
Tak podpowiadały mu myśli, jednak chłopak czuł  że coś przeoczył. Odwrócił się, robiąc kilka kroków w kierunku drogi. Ale musiał o coś jeszcze zapytać.
- Skąd ty mnie znasz? – Matt odwrócił głowę do nowopoznanego Mrocznego.
- Znam wielu ludzi, Tuck. Nie wnikaj – rzucił na szybko i zabrał swoich ludzi, oddalając sie.
Matt spojrzał na tego typka jeszcze raz. Nie miał pojęcia co sie właściwie stało, ale dziwna myśl podpowiadała mu że nie wraca z tej imprezy na pusto.
Spotkał Moosa i Padge’a obok magazynu.
- Co sie stało? – zapytał Moose. Poważnie?
- Nagle cie to obchodzi? Zginąłbym przez ciebie, matole! – Matt chciał pchnąć Michaela, jedak starszy brat go powstrzymał.
- Było nie zaczynać!
- Ogarnijcie sie, do kurwy – powiedział Padget – Matt, co sie tam stało? Walisz jakimś dziwnym smrodem.
- Nie mam pojęcia, stało sie coś dziwnego. Spotkałem faceta, demon chyba jakiś... Przynajmniej tak wyglądał.
- Jaki facet? Mówił coś?
- Znał mnie skądś ale ja go nie. To może być jakiś trop – powiedział Matt z entuzjazmem.
- Trop sie znalazł... To chodźmy tam po prostu – Michael zaczął iść w kierunku polany, gdy Matt złapał go za przedramie.
- Lepiej nie, sam mówiłeś żeby tam nie iść. I miałeś racje, bracie.
- Jak tam pójdziemy we trzech i go przyciśniemy to coś da może – Matt zauważył wolę walki w Michaelu, jednak nie mógł pozwolić bratu pójść na pewną śmierć.
Puścił Padge’a i skierował się w stronę miasta.
- Wracamy do domu, niczego sie dzisiaj nie dowiemy – mówił, narzucając kaptur na głowę. Zbliżała sie druga w nocy, naprawde nie miał już dzisiaj ochoty na szukanie demonów.
Moose poszedł do swojego baraku, Matt z Michaelem wrócili do siebie. Matthew czuł się naprawde wyczerpany więc od razu położył się. Gdy zasypiał, Padge jeszcze na chwilę zajrzał do jego pokoju.
- To nie mamy nic? – zapytał.
- Nie wiem, może Jamie będzie znał tego faceta. Zapytam go jutro, wiesz że z różnymi robi interesy.
- Aha... Wiem że walisz tym typem na kilometr a jego dziwna energia cie przesiąkła, nie wiem jak... Jakbyś miał psa to byś go wytropił – ostatnie zdanie dodał z sarkazmem i wyszedł, zamykając drzwi.
Tuck wiercił się chwile, nie mogąc zasnąć. Był zmęczony, choć sen nie przychodził.  Zaczął więc szukać rozwiązań.
Usłyszał w głowie słowa Michaela „Jakbyś miał psa to byś go wytropił”.
Tak, sam czuł że jego aura sie zmieniła.  Nabrała smrodu wampirów, demonów, nieczystej mocy i nieokreślonego zapachu który musi być identyfikatorem tamtego człowieka.
„ Jakbyś miał psa, Tuckey...”
...
- Kurwa! – Matt gwałtownie podniósł się i siadł na łóżku. Przecież żyje z wilkiem pod jednym dachem!
- Michael! – wydarł sie, wpadając do pokoju brata.
- Jest trzecia rano – powiedział w myślach, widząc śpiącego Padge’a.
- No, niestety, trzeba czekać do jutra – Matt wrócił do swojego pokoju. Spokój który odnalazł gdy wymyślił nowy plan, ukoił go do snu.
Rano obudził się z dziwnym entuzjazmem. Głośna muzyka Metalliki dobiegająca z salonu, dawałą mu energię by szybko sie ubrać i wyjść ze swojej nory.
Michael Padget... wiadomo w całym Pandemonium że jest zajebistym gitarzystą. Jednak, widzieć go rano gdy udaje Kirka Hammeta...
Łaził po kuchni ze szczotką i udawał że gra solo z The Day That Never Comes. Matt wyszedł ze swojego pokoju, przystając w progu. Oparty o framugę drzwi, stał tam śmiejąc sie pod nosem.
Padge, zatopiony w swoim świecie zauważył go dopiero po chwili. Ściszył lekko wieże i powitał Matta głośny „Siema Matty”.
- Siema Kirk Hammet, jak sie spało? – Tuck z zadziornym uśmieszkiem zabrał się za robienie kawy. Idąc do kuchni odłożył na blat paczkę fajek i zapalniczkę, wiedząc że zaraz je weźmie i wyjdzie ze swoim „śniadaniem” na taras.
- Nie pierdol, jakieś gówna mi sie śniły – sknął Padge.
- Tak, a mi niby różowe kucyki... Ten debil... widziałem go we śnie. I uwierz mi, nie było to fajne – Mówił, sypiąc kawę do białego kubka z dwoma gitarami.
- Tak wogóle, jutro jest pełnia. Okaże sie czy klątwa poszła sie jebać – powiedział Michael, rzucając Mattowi srogie spojrzenie.
- Poszła i nie wróci. I musze ci powiedzieć że jutrzejsza noc będzie pracowita – Matt mówiąc te słowa, podświadomie wyczuł jak skończy sie ta rozmowa. Michael był typem lenia któremu do szczęścia wystarczy gitara, piec i sześciopak Corony.
- Co masz na myśli? – Padge zaciekawiony, wstał z kanapy i podszedł do blatu na którym Matt szykował kawę.
No dalej Matt... zepsuj ten piękny poranek.
- NIE MA KURWA TAKIEJ OPCJI! – Padge wychodził za Mattem na tarsa, jakby ciskając piorunami we wszystko co sie da.
- Ale Padgee...
- NIE, POWIEDZIAŁEM! – Matt patrzył na Michaela. Ostatnio tak sie wściekał gdy pierwszy raz Mattowi odwaliło i musieli wyjść wcześniej z baru by przeklęty adlet nie rozszarpał gości.
- Daj spokój, kurwa! Może to jedyna szansa! – Matt upił łyk kawy. Domyślał że Michael sie wkurzy ale tego sie nie spodziewał.
- Kurwa, nie jestem jakimś pierdolonym Azorem czy Reksiem! Wilkołak a wilk to poza tym jakaś różnica...
-Pff, jaka?! – Matt parsknął i postanowił objąć inną taktyke – Wilkołaki są głupsze?!
- Nawet kurwa nie zaczynaj – Michael uniósł palec i w jego oczach zaczęły sie pojawiać błyski jakby eksplozji.
- Na to wychodzi...  – Matt odwrócił sie plecami do brata i oparł o barierkę. Znając ego Michaela, za chwilę zgodzi sie mu pomóc.
- Kurwa, Matt... nie dam rady. Musisz mieć silniejszego wilka, takiego który jara mniej niż ja i ma silniejsze zmysły – Padge właśnie stracił swoją godność. Przecież każdy wie że uważa sie za Alfe wśród wilków na wyspie.
Matt myślał chwilę, jednak szybko podjął decyzje.
- Takiego któremu palma odbija podczas pełni i wytropi ci sarne na milion kilometrów – powiedział, rzucając bratu uśmiech.
- Nie... Przecież prawie sie pozabijaliście wczoraj.
- Michael... Damy rade, emocje już opadły – Matt spojrzał na kubek z kawą, zastanawiając sie czy ten trop gdzieś ich zaprowadzi.
- Ale nie zapanujesz nad Moosem. Prędzej cie rozszarpie niż do niego podejdziesz – Michael wyrzucił ręce na boki, a Matt dobrze wiedział że starszy brat ma racje. Moose podczas pełni to maszyna do zabijania.

- Musimy dać rade, nie ma innej opcji – Chłopak westchnął czując że sprawa będzie trudniejsza niż przypuszczał. 

Cześć. No, poznaliśmy właśnie nowego bohatera. Niedługo w opowiadaniu zrobi sie o nim głośno. Zapraszam do czytania, komentowania i udostępniania tego opowiadania.
5 kom - next

wtorek, 7 czerwca 2016

4. Hangover

Matt podniósł swoje wilcze JA z podłogi i usiadł na kanapie, obok Moose’a. Skinął pyskiem na Padge’a który od razu podał mu piwo i otworzył swoje. Matt zrobił to samo przy pomocy ostrych kłów.
A Jamie? Jamie siedział  obok kanapy, na miejscu gdzie pyrgnął go Matt gdy zmieniał postać. Mathias nie ruszył się tylko patrzył na kumpla z niedowierzaniem. Znał tajemnice swoich przyjaciół, tylko jeszcze nigdy nie widział Matta w formie Adleta.
Po chwili jednak, uśmiechnął sie szeroko.
- Jakieś monstrum pije piwo u mnie na kanapie, po prostu super! – zaśmiał sie, wstając. Następnie, skierował się do kuchni i po jakichś 10 minutach wrócił do salonu, niosąc talerz z kanapkami. Postawił go na stole i sięgnął po butelkę z podłogi.
- O czym ty mi Pagde mówiłeś przez telefon? – zagadnął, siadając między wilkiem a Michaelem. Jeszcze krępowała go obecność potwora pod jego dachem, lecz stopniowo dochodziło do niego że to coś obok niego to nadal Matthew Tuck.
- O klątwie – powiedział Michael i wziął łyk Budwaisera – Która ciąży na Mattcie.
- Klątwy, wilki... Gdzie ja kurwa żyje! – Jamie parsknął.
- W Pandemonium – odparł Michael Thomas z surowym wyrazem twarzy. Po chwili jednak wszyscy trzej zalewali sie śmiechem.
Owszem, na tej wyspie to normalne Żyje tu wiele stworów, których istnienia przeciętny człowiek nawet sobie nie wyobraża. Widział ktoś kiedyś Godzille? Albo dinozaury? Wiele podobnych zwierząt można spotkać w Pandemońskich lasach!
Z mieszkania Jamiego do późnej nocy słychać było rozmowy, krzyki, śmiechy a nawet warczenie wkurzonego zwierzaka gdy doszło do potyczki Matta z Padgem. Jednak, Padge nie uwolnił wtedy swojej dzikiej natury. Uznał, że dla Jamiego mogło to skończyć sie zawałem.
Nazajutrz, o 7 rano Matt otworzył zaspane oczy. Zapominając o wszystkim co rujnował mu życie, wstał rześki i wypoczęty.
Padł na podłodze w formie Adleta, teraz zaś już w swoim ciele, minął śpiącego na kanapie Michaela i udał się do łazienki. Nie zastanawiając sie nawet gdzie wcieło Moose’a.
Nie miał kaca ani nic. Czuł że żyje. Widać napoje magiczne Jenny czynią cuda.
W wyłożonej białymi, błyszczącymi kaflami łazience, Matt spełnił swoje poranne potrzeby, przemył twarz zimną wodą i jak zwykle rano spojrzał w swoje ciemne oczy.
- Jesteś tam jeszcze? – szepnął, wpatrując sie głęboko w tęczówki.
Żaden głos w jego głowie sie nie odezwał.
Matt czekał chwilę. Ani drgnął, dopóki nie był pewien że jest znowu zwykłym chłopakiem. Znaczy... gdy nie ma pełni ani nie uwolni Adleta.
Odsunął twarz od lustra, czując spadający z serca kamień. Był wolny.
Nikt nie docenia tak naprawde wolności. Dopóki jej nie straci ani nie zostanie opętany.
W drzwiach stanął nagle Jamie. Matt zauważył jego obecność, dopiero gy ten podskoczył, zdziwiony nieco.
- Matt? – Po głosie kumpla, Matt zauważyłl że Jamie napewno ma kaca.
- Ty sie Adleta spodziewałeś? – Matthew uśmiechnął sie zadziornie.
Jamie tylko coś mruknął i wypchnął Matta z łazienki, zamykając za sobą drzwi.
Tuck wrócił do salonu. Widząc że Michael sie budzi, klepnął go mocno w udo, siadając i impetem na drugim końcu kanapy.
- Żebyś ty widział minę Jamiego jak mnie zobaczył! – Śmiał się, udając Mathiasa. Musiał rozszerzyć oczy naprawde mocno.
Michael podzielał jego radość.
- Widziałeś Moose’a? – zapytał młodszy brat.
- Hmm... Nie mam pojęcia – wymruczał Padget, po czym Matt poznał że chłopak nie czuje sie za dobrze.
Siedzieli obok siebie, czekając aż gospodarz sie oporządzi i raczy przygotować jakieś śniadanie.
- Mam pomysł – szepnął zadowolony Matt, słysząc dźwięk otwieranych drzwi.
Jamie pojawił sie w salonie, mówiąc „Siema” do Padge’a.
- Cześć Jamie – odpowiedział Michael.
- A gdzie...?
- Nie wiemy – Matt nie dał Jamiemu dokończyć. Sytuacja była dziwna, Moose nigdy nie znikał tak sam z siebie. No... chociaż w Pełnię kilka razy sie zdarzyło ale jest 7 rano!
Matt uśmiechał sie głupio.
- Jamie, masz jakiś stek? – zapytał gdy ten zniknął w kuchni.
- Stek? – Ton Jamiego wyrażał zaskoczenie.
- Noo... Stek... – Matt z Michaelem patrzyli na siebie, śmiejąc sie pod nosem.
-Najlepiej surowy, Z sączącą sie krwią – dodał.
Cisza w kuchni sprawiła że Michael musiał stłumić śmiech.
- Serio chcesz stek? – odparł po chwili Jamie. Po odgłosach słychać było że na śniadanie proponował tylko kawę.
- Tak. Jeśli Adlet po przemianie nie zje steku może wpaść w szał. I nie pamiętam dobrze, ale tak samo chyba jest z wilkołakami.
- Ja pierdole...- Jamie wyglądał na zakłopotanego gdy szybko wyszedł z kuchni.
- A ty dokąd? – zapytał Matt widząc jak ich kumpel zbiera sie do wyjścia.
- Niedaleko jest knajpa, mają tam steki – odparł na jednym oddechu Mathias.
- Kurwa, Jamie – Matt wypowiedział te słowa i z durnym uśmieszkiem, właśnie zwątpił iż ten chłopak posiada mózg.
- What?
- Gówno... – Matt jąkał sie, udarzając pięścią w ścianę. Padge zwijał sie ze śmiechu na kanapie.
A Jamie stał, dopiero po dłuższym momencie załapując o co chodzi.
- Kurwa, ja was zabije! – dopadł do Matta, popychając go żarobliwie.
Przyjaciele wyszaleli się i usiedli na kanapie. Zaczęli pić kawę i rozmawiać.
- I już jest wszystko okej? – zapytał Jamie Matta.
- Tak, no mówie... Wstałem dzisiaj rano i czuje sie jak nowonarodzony. Ta maź smakowała ochydnie ale widać efekty jakieś ma – rzekł zadowolony Matt.
- Czyli  skończą sie krzyki niewiadomo skąd, bieganie przed siebie i rzucanie sie na przypadkowych ludzi? – zapytał Michael, chcąc sie upewnić że to koniec kłopotów jakie męczyły ich przez ostatnie czasy.
- Tak, raczej... – powiedział Matt, nie do końca pewny. Upił łyk kawy i odstawił kubek – Ej, Jamie. Wpadnij do nas wieczorem. Pogramy coś. Padgee napisał ostatnio jakiś nowy kawałek.
- Dzisiaj? Wiesz, dzisiaj nie moge. Mam pewne plany – odpowiedział Jamie.
- Aha, no... luz. Kiedy indziej – Matt spojrzał na brata – Skończyłeś?
Michael odstawił pusty kubek.
- No, Jamie. Zbierany sie, do kiedyś – Matt podał chłopakowi ręke, potem Michael. Po czym wyszli z mieszkania na oświetlone słońcem miasteczko.
- Ciekawe co on planuje... – Michael głośno myślał, odpalając papierosa.
Szli wolno, choć chodnik był pusty. Większość ludzi o tej porze była już w pracy. 
- Pewnie ruchanie jakiejś dupy. Jednorazowy wyskok, jak to Jamie – powiedział Matt. Stanęli na zakręcie. Matt oparł się plecami o ceglany budynek.
Michael też sie zatrzymał, jednak przez chwilę żaden z nich sie nie odezwał.
Ale wiedzieli o czym obaj myślą.
- Czujesz to? – zadał pytanie Pagde.
- Nie, stoje jak kołek bez powodu – odpysknął Matt, wyglądając za róg. Między dwoma budynkami biegła wąska uliczka. Z niej wyłaniała sie dziwna moc, która zaniepokoiła obu chłopaków.
- Kurwa, jakże by inaczej... – westchnął Tuck, po tym jak wychylił się zza rogu.
W ciemności dostrzegł zarys dwóch ludzi. Nie widział  ich twarzy, lecz zapach jaki wyczuł nie mógł go oszukać. Od razu poczuł, że ta sytuacja dobrze sie nie skończy.
Tamci, też wyczuli kłopoty. Twarz jednego z osobników zwróciła się w stronę Adleta i wilka.
Weszli w ciemność, gotowi stoczyć walkę z spotkanymi osobnikami.
Gdy się zbliżyli, rozpoznali Andy’ego Biersacka i Ashley Costello.
Andy podniósł się i stanął wyprostowany przed dwoma swomi wrogami. Jego twarz wyrażała pewność siebie. Czerwonowłosa zaś Ashley, kucała nad zwłokami człowieka. Denat miał na wierzchu wnętrzności a usta zarówno Ashley jak i Andego zdobiła ludzka krew.
- Znowu sie spotykamy – powiedział Andy, uśmiechając sie wrednie.
- To może być nasze ostatnie spotkanie. Czyście powariowali, jest środek dnia! – Ton Michaela nie należał do spokojnych.
- Spokojnie bracie, zaraz tego tu nie będzie. Odkąd bawicie sie w policje, jesteśmy ostrożniejsi – odparł Biersack, zniżając sie do swojej partnerki – Skarbie, musimy iść. Te psy nas tu nie chcą – ostatnie słowa dodał, jakby drwił.
- Nie jesteśmy psami. Jesteśmy twoją śmiercią, Biersack – powiedział Matt gniewnie.
- Ale ja już sie zmywam Tuckey – Andy uśmiechnął się, biorąc Ashley pod reke.
Matt wyczuł że w Michaelu wzbiera wściekłość.
„Nie warto, bracie”
Myśli Matta dotarły do Padge’a, ten uspokoił się i tylko spoglądał jak para wampirów sie oddala, cięgnąc za sobą zwłoki.
Na końcu uliczki znajował się właz do kanałów. Silny Andy uniósł go i puścił swoją dziewczynę przodem. Zanim sie ulotnił Matt krzyknął do niego.
- Tak wogóle, to było słabe!
- Co było słabe? – zdziwił sie wampir.
- Twoja klątwa. Możesz mnie i swoje demony w dupe pocałować! – Matt krzyknął, pokazaując chłopakowi  fucka.
- Nie wiem o czym mówisz, kundlu – Jednak, tamten zniknął w kanałach, zlewając całkowicie Matta. Zabrał ze sobą tylko martwego obywatela.
Tuck  parsknął i razem z bratem wyszedł z ciemności.
- Ale Jenna mówiła że to nie oni – stwierdził Pagde gdy szli już oświetloną słońcem ulicą. Dziękował Bogu że ich słońce nie pali i nie muszą w dzień przemieszczać sie ściekami.
- A kto inny? – Matt sie wzburzył, nie wierząc w słowa Michaela – Krasnoludki rzuciły klątwe. Tak, to napewno jakieś małe pierdolone skrzaty!
- Uspokój sie,Jenna sie nie myli.  Przynajmniej tak brzmiał jedyny komplement jaki Moose o niej powiedział.
- Nie może być, tylko Brides nas nienawidzą aż tak by zrobić takie świństwo – mówił Matt, gdy wiatr zawiewał jego  włosy na twarz.
- Pomyśl, kto jeszcze... – mruknął Michael.
- Nie mam pojęcia ale zabije drania – Matt przyrzekł zemstę za zmarnowane ostatnie miesiące swojego życia.
Gdy wrócili do domu, zasiadł na kanapie wodząc wzrokiem za Padgem który udał się do kuchni. Gdy wracali, pewna myśl zaświtała mu w głowie.
- Wiesz co – zaczął spokojnie Matthew – Mam pomysł jak znaleźć tego drania.
- Tego co rzucił na ciebie klątwe? Ciekawe jak -  Padge drwił, szukając czegoś w szafkach wiszących.
- Nie pierdol, dobra? Zabije skurwiela. Przez niego życie straciło kilka niewinnych osób i jedna sarna!
- Tak, bo niby nie mogłeś tego powstrzymać – rzucił Michael, odrywając sie na chwilę od swojego zajęcia. Spojrzał na Matta, jakby chciał mu coś wypomnieć – Kilka razy sie powstrzymałeś, dawałeś rade trzymać bestie na smyczy. A kilka innych raz... po prostu ci odwaliło.
Padget pił z butelki sok. Po kilku łykach oparł się ręką o oparcie kanapy. Matt z dołu na niego spojrzał.
- Jaki masz plan? – zapytał starszy.
- Znasz tą mordownie na zachód od meliny Moosa?
- Powtórze mu to jak przyjdzie – zaśmiał sie cicho Michael – Tak, znam. Różne dranie, włącznie z Biersackiem i jego cizią spotykają sie tam w piątkowe wieczory. Mów dalej – wyrażał zainteresowanie słowami Matta.
- Co jest dzisiaj? – powiedział Matt.
- Pią... – Michael rzucił Mattowi spojrzenie mówiące „Wchodze w to”, uśmiechając sie zadziornie.
Odstawił pustą szklaną butelkę na podłoge.
- A jeśli tam zginiemy? – dodał jednak po chwili – Nie wiesz jakie potwory tam można spotkać. Michael mi kiedyś opowiadał jak spać nie mógł przez jęki rozszarpywanych ofiar.
- Ofiar? – spytał Matt. Widać nie wiedział o wszystkim, nigdy nie pakował sie w takie akcje.
- No... Satanistów też tam można spotkać.  Palą tam różnych ludzi, z zemsty, albo z nudów po prostu.
- Sataniści mówisz... – powiedział cicho Matthew.
Zamilknął na chwilę, przyjmując  na twarz uśmieszek.
- Chcesz mnie straszyć pseudo-wyznawcami diabła?

Gdy to mówił, jego oczy przywdział odcień ognia a Michael już wiedział że  idą dzisiaj w nocy na Czarną Msze. 


Cześć. Podoba wam sie rozdział? W  następnym trochę sie porobi, spotkamy Mrocznych :)
Jeśli chcecie być informowani o nowych rozdziałach, zostawcie namiary w zakładce Informowani.
4 kom - next

wtorek, 24 maja 2016

3. Adlet is alive

Zrezygnowany, wrócił do swojej klitki i wyczerpany przez pasożyta którego nosił w sobie, padł na łóżko, zasypiając prawie od razu.
Nazajutrz, spał gdy słońce było już wysoko a wzkazówka na zegarze przekroczyła 11.
Obudziły go dwa głosy w salonie. Drzwi były zamknięte, jednak od razu rozpoznał że to Moose gada z Padgem.
Michael Thomas, na którego mówią Moose. Jest wirtuozem perkusji i nieokiełznaną maszyną do zabijania. Znaczy... podczas pełni ma najbardziej wytężony instynkt i czasem... często trudno go powstrzymać. Potem znajdują padline na skraju lasu i szukają sprawcy. Ale nie szukają chyba tam gdzie trzeba skoro on właśnie jest jedne drzwi stąd.
Matthew szybko sie ubrał. W bezrękawnik i czarne dżinsy, do tego trampki – nic nowego. Typowy strój Matta Tucka.
Otworzył drzwi. Moose spojrzał na niego zaskoczony i od razu sie uśmiechnął.
Michael wyglądał na skejta ale byl zapalonym metalowcem, tak samo jak reszta. Jego włosy były lekko zapuszczone, ale krótsze niż u Matta i Padge. I w przeciwieństwie do nich, Michael miał jaśniejszy kolor czupryny.
- Co tam, Matt? Słyszałem że znowu odjebałeś to i owo – Fajne powitanie z rana...
Matt przywitał sie z przyjacielem, ignorując jego wcześniejsze słowa.
- Nie da sie ukryć, zobacz co zrobił w łazience – Zakpił Michael, buszując w aneksie kuchennym. Robił kawę, drażniło to nozdrza Matta.
- Kurwa... – syknął chłopak.
- Co jest? – zainteresował sie Moose.
- Mam jakiegoś wilkołaczego kaca – Parsknął niezadowolony Matt. Zapach kawy przyprawiał go o mdłości, a zwykle kawa i papieros to jego śniadanie.
- Kaca?! – rozpromienił sie Thomas – Stary, coś ty wczoraj brał?
- Właśnie nic. Twoja dupa musi sie mną zająć i to porządnie – powiedział chłopak, chodząc bez celu.
Moose uśmiechnął sie znacząco, powstrzymując śmiech którym miał ochote wybuchnąć.
- Nie tak – Matt wzkazał na niego palcem, aby przestał – I nie wkurwiaj mnie, bo skończysz jak twoja wczorajsza kolacja.
Matt wzburzony, wyszedł na wyrandę. Usłyszano charakterystyczne kliknięcie zapalniczki i uderzenie pięścią o barierkę.
- Co mu jest? – zapytał Michael Thomas, wyraźnie zaniepokojony stanem przyjaciela.
Padge, upijając łyk napoju bogów, znaczy kawy, wzruszył tylko ramionami.
Biorąc kolejnego bucha, Tuck nie zastanawiał sie nad piękną pogodą która panowała nad wyspą. Choć wczorajszy wieczór był zimny, wręcz jesienny, dziś wszystko wraca do normy. Tak to jest, gdy księżyc w pełni przejmuje kontrole.
Wczorajszej nocy w tym mieście napewno działy sie dziwne rzeczy. Ludzie wierzą że to tylko legendy, ale wtajemniczeni mieszkańcy Pandemonium wierzą że strach jest prawdziwy i nie można go traktować jak urojenie.
Wyrzuciwszy peta za barierkę, Matt przechadzał się po drewnianej wyrandzie.  Znajduje sie ona dość wysoko nad ziemią, a schody prowadzące w dół prowadzą właściwie do lasu. Także, ich skromna chatka jest dobrze ukryta. Pośród drzew liściastych nikt raczej nie spodziewa sie spotkać wilkołaków, żyjących sobie w najlepsze.
Siadł na schodach i zaczął oglądać swoją dłoń. Jak na adleta przystało, rana sie już po części zagoiła. Nie krwawi, ale jest widoczna nawet z daleka.
Matt odpoczywał, przypominając sobie koszmar wczorajszej nocy. Mało brakowało a przybrałby swoją nienaturalną formę. Ten ogień płonął, mógł wzniecić niezły pożar. Jednak, brat nauczył go jak sobie z tym radzić. Adlet wyłania sie tylko w sytuacji zagrożenia lub nagłego wkurwiena. Albo gdy sami mu na to pozwolimy, ale widok tej istoty w lustrze brzydził Matta.
- Adlet... skąd to sie wogóle wzieło – myślał, gyd po chwili wstał.
Omiótł wzrokiem jeszcze raz oplecione słońcem konary drzew i wrócił do domu.
- Dzwoniłem do Jenny, macie zaproszenie – powiedział Moose gdy tylko Matt zaszczycił ich swoją obecnością.
- A ty? – zapytał adlet, patrząc na siedzącego na sofie kumpla wilkołaka.
- Ja i Jenna... no, ostatnio mnie wkurzyła i nie mam ochoty sie z nią widzieć. Zadzwoniłem tylko ze względu na was.
- Naprawde to doceniamy, Moosee – powiedział niechlujnie Padge.
- Nie pierdol, wkurwiająca jest. Zresztą sie przekonasz.

- Więc to jest ta chata z której sie wyprowadziłeś? – mamrotałem, patrząc na chatkę nieopodal lasu, na niewielkiej polanie.
Jenna mieszkała w leśniczówce. Z zewnątrz wyglądało to na domek letniskowy z niewielkim ogródkiem z kwiatami.
- Co ci sie Michael tu nie podobało? – zażartowałem, Padge sie uśmiechnął.
Moose, nie podzielając naszej radości powiedział „Zapytaj mnie o to jak wejdziemy do środka” po czym poprowadził nas.
Drzwi miały kołatkę, którwj użyliśmy. Dziewczyna otworzyła po krótkiej chwili.
Gdy tylko pojawiła się w drzwiach, z wnętrza wydostał sie zapach czegoś na wzór przypraw.
Oparłem sie ręką o drzwi, wiedząc że słabne i mój wilkołaczy kac nadal nie odszedł.
- Szlag... ty tam padline gotujesz? – Moose, pozwolił sobie zacząć rozmowe.
- W przyprawach – Jenna uśmiechnęłą sie, jednak to nie był szczery uśmiech – Wejdźcie.
- Widać że mają na pieńku – powiedział cicho Padge do Matta któremu oczy zaczęły łzawić – Ty sie dobrze czujesz?
- Taak – westchnął młodzieniec – Mówie, coś sie dzieje. I to nie są dobre rzeczy.
- Zabije Andy’ego jeśli dowiem sie że mieszał w tym palce – zapewnił brata Michael.
- Idziecie? – wołał Thomas.
Nic nie mówiąc, weszli do chatki Jenny.
W środku... Mattowi o razu zrobiło sie niedobrze, gdyż mieszały sie tu różnorakie zapachy a przyprawy, zioła i tego typu rzeczy leżały i wisiały dosłownie wszędzie. Panował tam chaos i właśnie dowiedzieliśmy się, o co chodziło Moosowi.
Wiszący czosnek zasłaniał okna.
- To na wampiry? – zagadnął Matt, ciągnąc nosem niczym alergik.
- Tak, czasem sie tu kręcą a to nie są przyjazne typki – powiedziała niebieskowłosa dziewczyna, mieszając drewnianą łyżką w garze. Domyślano sie, że nie gotowała obiadu. Dym nad kuchenką był w odcieniu włosów Jenny.
Karnacja byłej dziewczyny Moosa była wyjątkowo blada. Gdyby jej nie znać, możnaby pomyśleć że sama jest jednym wampirów.  Jej paznokcie miały krwistoczerwony odcień a strój wyrażał jej wyjąkowy charakter.  Wyglądał jak fanka goth metalu, pasowała do Michaela.
- Ten kretyn mówił że macie jakąś sprawę – Dziewczyna przestała mieszać w garze i lustrowała zrokiem gości. Moose zdążył przewrócić oczami i mruknąć coś pod nosem.
- Tak, z moim bratem jest coś nie halo – Podjął Padge, widząc że Matt nie wygląda najlepiej – Weź ty może wyjdź na dwór?
- Nie, dam rade – wycharczał Matthew. Wzbraniał sie, jednak wszyscy zauważyli zmianę w nim. Jego oczy łzawiły coraz bardziej.
- Tu jest dużo różnej energii i magii, może to przez to? – zapytała Jenna, widząc niepokojącą scenę.
- Nie, to jakaś klątwa. Podejrzewamy wampiry. Black Veil Brides, dokładniej – rzekł Padget.
- Miał haluny i wyczuł ich aure w miejscu gdzie go to zawiodło – powiedział Michael Thomas.
- A zawiodło go Nad Przepaść – dodał drugi Michael.
- Nie wygląda to dobrze, przecież on jest wrakiem samego siebie – Jenna to stwierdziła po czym zbliżyła sie do chłopaka który siedział na jej stole, gdyż nogi odmawiały mu posłuszeństwa.
Ujęła dość mocno głowę Matta w dłonie i pokręciła nią na boki. Następnie, zlustrowała wnętrze jego oczu. Nie miała z tym problemu, gdyż Tuck był prawie nieprzytomny.
- Jak on mi tu umrze, to spale Biersacka w największym ogniu jaki wydobęde – Głos Michaela przesiąkał gniew.
- Nie ma potrzeby, to głupie zaklęcie – Jenna wypowiedziała te słowa, jakby mówiła jaka jest pogoda na zewnątrz. Dość spokojnie, jakby choroba Matta to był pikuś.
Podeszła do jednej z wielu wiszących szafek i zaczęła szukać wzrokiem pewnego słoiczka.
- Da sie to szybko załatwić. I bezboleśnie – Na końcu zdania przybrała uśmiech.
- To akurat nie przeszkoda, nic by nie czuł w jego stanie – Moose odezwał sie, aby Jenna nie zapomniała że ten gość w czarnej bluzie nadal tam jest.
- A może na tobie wypróbuje te bolesne sposoby? Byłoby ciekawie – Michael Padget stał i sam nie wiedział co powiedzieć. Ta dwójka... Może „Kto sie czubi, ten sie lubi”? Pasowali do siebie, jeszcze tydzień temu Moose był z nią na imprezie.
Dziewczyna z pojemnikiem w dłoni podeszła do stołu. Matt siedział, ze spuszczoną głową. Jakby spał na siedząco.
-Hmm... damy rade – wymruczałą, widząc że jej „pacjent” nie reaguje.
- Będzie troche brutalnie – powiedziała, jakby chciała nas ostrzec.
Sprawnym ruchem ręki, uniosła głowę Matta i wlała w jego usta zielonkawy, gęsty płyn.
- Obrzydliwe – myślał Padge, ciesząc sie że nie jego to spotyka.
Jego brat zaczął sie ksztusić, jednak większość mazi przeszła przez jego gardło.
- Matty, wszystko okej? – Michael podbiegł do młodszego, widząc że chłopak powoli otwiera oczy i odzyskuje mysły.
- Ja pierdole... – wymamrotał Tuck.
- Ja wiedziałem że z nim coś sie dzieje ale myślałem że mu przejdzie. Po tym co wczoraj odwalił zacząłem sie martwić – powiedział Michael do Moosa.
- Żyje. A Brides’ami sie zajmiemy, niech tylko przywleką sie do miasta. – odparł wilkołak.
Padge pokiwał głową.
- To nie wampiry – powiedziała Jenna, stojąc obok swojej kuchenki.
Obaj, odwrócili się w jej stronę.
- To ktoś nowy – powiedziała, zbliżając sie do nich – Nie znam tej aury, ale jej właściciel ma nadprzyrodzone zdolności. Tak jak my.
- Adlet? – powiedział jeden Michael.
- Nie.
- Wilkołak? – kontynuował drugi.
- Też nie, nie znam tej istoty. Ale czarować umie, ta aura miała was zmylić. Jest zmieszana z wampirzym smrodem.
- I zna Bridesów, skoro wyprowadziła Matta pod ich mete – powiedział Padge. Zaczęli układać puzzle, tylko do ułożenia ich jeszcze troche zostało.
- Ale masz coś jeszcze? Przynajmniej jak wygląda – zaczął Moose.
- To czary, matołku. Nie Facebook – Jenna najwyraźniej nie pałała do Moosa sympatią, Padge zaczął myśleć że tylko sie przekomarzają. Jednak...
- Idźcie już, w moim domu śmierdzi psem – Jednak sie mylił.
- W razie co możecie przyjść. Tylko zostawcie Azora w budzie – Jenna pożegnała nas. Spoglądając na Matta, miał sie lepiej. Od eliksiru Jenny nawet rany zniknęły.
- Ona mnie nienawidzi, tak samo jak jej – Moose zaczął sie irytować. Wracając do domu, Padget cały czas wypytywał o niebieskowłosą.
- A może wy jesteście friends with benefits a ty tylko zgrywasz twardziela? – To powiedział Matt. Nawet sie uśmiechnął, czym dał znak że wrócił do żywych.
- Weźcie sie odpierdolcie, skończyłem z nią – Moose jakby złapał focha. Gdy szli do miasta, nie odezwał sie już ani słowem.
Zapadał zmrok. Cała paczka spotkała się w mieszkaniu Jamiego.
Jamie zamieszkiwał kawalerkę w jednej z kamienic. Z okna miał widok na podwórko. Matt wchodząc tam, zawsze przechwalał sie że oni mają lepszy widok z okna.
Się i nabrały ostrości. Jedyny pokój w tym mieszkaniu zawierał tylko kanapę, telewizor stojący na podłodzę i drzwi do kuchni. I co ciekawe, kanapa byłą 2 osobowa. A jakimś sposobem ich czwórka zawsze sie tam mieściła.
- Spacerek po lesie wczoraj był, co Matt? – śmiał sie gospodarz, szykując kolację w nowocześnie urządzonej kuchni.
- Zamknij sie!!! – Matt krzyknął, jednak był to krzyk z nutką śmiechu.
- No co? Adlet adletem, ale jak jakiś demon to ty sie nie zachowuj.
- Bedziesz mnie uczył manier, stary draniu? – śmiał sie Tuck.
- Nie, nie pozwole ci zginąć, przychlaście – Mathias wychodził właśnie z kuchni, gdy zgrabne ciało Matta zaatakowało go. Chłopaki zaczęli sie przepychać. Jamie przedtem odstawił piwo pod ścianę, a następnie powalił Matta na drewniany parkiet.
- Debile dwa – Padge tłumił śmiech, w przeciwieństwie do Moosa.
Jamie zaczął udawać że bije pięściami po twarzy Matta.
Obaj śmiali sie z tej zabawy.
- Ty myślisz kurwa że sie ciebie boje? – chichotał Jamie, siedząc okrakiem na brzuchu Matta który zwijał sie ze śmiechu.
- A chcesz zacząć?
- Co?
- Pytam czy chcesz zacząć!
Matt skupił wszystkie swoje zmysł i poczuł w sobie narastające ciepło i bestię którą zamierzał uwolnić.
W jednej chwili, zgrabne ramiona chłopaka pokryły się krótkim futrem, sympatyczna twarz przybrała formę wilczego pyska, ubrania zmieniły rozmiar na większe a paznokcie wydłużyły.
Matt wyglądał teraz jak brunatnej maści wilk odziany w ludzie ubrania.
Adlet jest na wolności.
- Nie no, kurwa, w tej postaci to ja sie go boje... – jęczał Jamie i wydawało sie że mówił serio.
- Daj spokój. Jak dorastaliśmy to miałem tak na codzień – śmiał się Padge – Hormony i te sprawy.
- On tak długo może? – zapytał wystraszony Mathias. Jako jedyny był normalny w tej bandzie.

- Dopóki nie zechce znowu być Mattem – odpowiedział Michael.

Cześć. Rozdział mi sie podoba, mam nadzieje że wam też. Wciągneliście sie już w opowiadanie? A może coś wam sie nie podoba?
Piszcie w komentarzach :)

3 kom - next :)

niedziela, 15 maja 2016

2. Cursed?

Zamrugał nerwowo, aby odpędzić siłę, która w nim wzrastała. Jego ciało sie trzęsło a oddch był niepokojąco szybki. Płonął, w środku  cały Matt sie palił.
Odkaszlnął, kiedy ogień w oczach zniknął. Wyglądał spokojnie, choć sekunde temu jeszcze trząsł sie niemiłosiernie.
Odkaszlnął jeszcze raz, chcąc pozbyć sie uczucia suchości w gardle.
- I wtedy powiedziałem „ Niech sie pierdoli, znajde lepszą!” – Tak Jamie podsumował jakże ciekawą historie swojej miłośc, kiedy Matt spowrotem usiadł przy stole.
- Gdzieś ty był? – zapytał Michael, objemując go ramieniem.
- Nigdzie, już jest w porządku – odparł chłopak. Jednak, Padge znał swojego brata na wylot.
- Znowu? Znowu cie przejmuje? – Padge lekko wstał z krzesła, podburzony i zaniepokojony.
- Nie, nie dam mu szansy – powiedział Matt, ciągnąc nosem.
- I dobrze, nie daj sie bracie – Michael poklepał go po piers – Pamiętaj, jesteśmy silniejsi niż Brides’i.
- Wiem, pamiętam o tym – sapnął Tuck. Jednak, sam nie wierzył w swoje słowa. Nadal czuł w sobie nieokiełznaną  siłe która pchała go do lasu, w głąb Pandemonium.
- Nie moge, przepraszam – powiedział, przerywając chwilową cisze która powstała między przyjaciółmi.
Padge i Jamie patrzyli jak ich kumpel wychodzi z baru.
- To sie źle skończy – powiedział Michael i wyjął wykałaczkę w pojemnika by po chwili włożyć ją do ust.
Jamie tylko skinął głową i zabił niepokój tak samo jak jego towarzysz.
Pędząc przez zasłane kolkami gleby, Matt zatracał się coraz bardziej. Biegł przed siebie, nie zwracając uwagi na gałęzie uderzające go w twarz co chwilę. Zbliżała sie 1 w nocy, ta godzina kiedy odwiedzał go nieproszony gość.
Nie znał go, nawet nie chciał go znać. Był jego klątwą, cierpieniem którego nie mógł sie pozbyć.
- Gdzie tak biegniesz, Tuckey? – usłyszał przeszyty grozą bełkot.
- Wypierdalaj! – charknął, plując w dal. Flustracja przeszywała jego ciało na wylot.
- No co, boisz sie samego siebie? – głos sie zaśmiał, jakby kpił z młodego chłopaka.
- Nieprawda, to ty jesteś tym złem wcielonym – mówił Matt, jakby nie chciał wpuścić tego głosu do głowy choć on bardzo chciał. Znów przejąć kontrolę nad jego ciałem.
- Oszukujesz sam siebie, debilu – Matt rozglądał sie dookoła, czując jakby był otoczony. Przez kilku ludzi mówiących tym samym głosem.
- Wyjdż ze mnie, nie jestem potworem!
- Jesteś, jesteś Tuck... Tylko jeszcze to do ciebie nie dociera – Głos sie zaśmiał. Matt podniósł leżącą na ziemi szyszkę i rzucił ją w przepaść, blisko której sie znajdował. Z grymasem wściekłości na twarzy, chwycił kolejną i wydając z siebie wrzas, zrobił z nią to samo. I jeszcze raz, i kolejny...
Zmęczony, padł w końcu pod drzewem. Wycieńczony i wyssany z emocji, spuścił głowę pozwalając włosom zakryć całkiem jego twarz. Było zimno, czuł chłód na swoich ramionach.
Siedział tak marznąc, jednak perspektywa wrócenia do miasta wiązała sie z kilkoma konsekwencjami. Jedną z nich była pogadanka z Michaelem.
Kochał go, jak rodzonego brata a nie najlepszego przyjaciela którym jednak był. Łączyła ich mimo  to więź, którą można cenić bardziej niż braterstwo.
Podjęli kiedyś pakt krwi. Jest to żart i rytuał w który bawią sie dzieci. Jednak, dla jego paczki, ten rytuał był ważniejszy niż jakakolwiek rodzina czy miłość.
Poprzysięgli sobie stać za sobą, nawet w ogniu gdy będą sie palić. Że nigdy sie nie zostawią. I tak właśnie postępuje Padge. Tylko, Matt to uważa za słuszne?
Skoro zostaliśmy stworzeni do zabiijania, po co oszukiwać nature?
W końcu wstał. Otarł spodnie z brudów i rozejrzał  sie po okolicy. Co ciekawe, dopiero teraz spostrzegł  gdzie przywiał go ten nienaturalny zew.
Stał nad przepaścią. Na dole, pośród ciemnej mgły, był teren Black Veil Brides. Są innego rodzaju potworami, które uprzykrzały życie Matta i jego rodziny odkąd sie urodzili.
Niepokój ogarnął umysł chłopaka, gdy ten wytężył wszystkie swoje zmysł. Każdym kawałkiem ciała, chłonął powietrze i atmosferę wokół.
Otworzył nagle oczy, które przymykał od jakiegoś czasu.
- Brides – wyszeptał, gdy do jego nozdrzy dotarł znajomy zapach.
Natychmiast, korzystając z impulsu, oddalił się  od terytorium wroga.
Michel Padget siedział na kanapie, trzymając w ręku swojego  starego akustyka. Gitara należała jeszcze do jego ojca, którego musiał porzucić. Zawsze, gdy jest sam wyciąga ją i  delektuje sie muzyką.
- Nadchodzi burza – pomyślał, czując w kościach sztorm który zaraz wpadnie do domu.
Drzwi prawie wypadły  z zawiasów gdy Huragan Tuck wpadł do salonu.
- Czy to nie dziwne że paranoje zaprowadziły mnie Nad Krawędź?!!! – wykrzyczał, będąc pod wpływem niewyobrażalnej złości i energii której nabrał w lesie.
- Do Veil Brides? – zapytał zaciekawiony, nie wstając.
- Tak, do Veil Pierdolonych Brides! – krzyknął, po chwili trzaskając drzwiami od swojego pokoju, młody Tuck.
Sapał, rozbierając sie by pozbyć sie zapachu krwi który drażnił go już od paru godzin.
- Jesteś pewien że to nie przypadek? – Michael spytał, otwierając cicho drzwi.
- Nie, waliło krwiopijcą na kilometr! I ten głos... jakby znał mnie i moje słabości.
 Padge, jakby sie zmieszał.
- Matt... a może...
- Nie – Wzkazał na niego palcem, przerywając wpół zdania – Nie ćpałem nic.
- Nie, ja nie o tym – Brat wkroczył do pokoju, wogóle nie zwracając uwagi na Matta w samych bokserkach. Na jego plecach wiły sie czerwone, zagojone niby blizny. Po obojczykach spływała krew, teraz już wyblakła.
- Pamiętasz jak ostatnio spotkaliśmy Jenne?
- No, pamiętam. Młoda wiedźma z lasu, Moose kiedyś do niej startował – powiedział chłopak, chodząc w kółko po niewielkim pomieszczeniu.
- No... Może by ją o to zapytać? Umie zdejmować klątwy.
- Ale przecież nasze moce to normalka – rzekł, nie podzielając pomysł brata.
- Moce, a nie latanie po lesie jak postrzelony – powiedział, zamierzając wyjść z pokoju – Zastanów sie, to nie jest do końca normalne.
Zostawszy sam w pokoju, Matt patrzył chwilę przez okno, musząc przemyśleć słowa Padge’a.
- Czyli jednak klątwa... – przyznał w końcu, schylając głowę.
- Czego nie możemy być normalni – rozmyślał, idąc do urządzonej na biało łazienki.
Wszedł pod prysznic i poczuł ulgę, puszczając lodowatą wodę.
Relaksował sie, chcąc stłumić pożar panujący w jego płucach. Suchy oddech nie wróżył nic dobrego.
- Zamknij sie szmato – syknął, czując że mosntrum znów chce sie wydostać.
Mokre włosy opadały, zasłaniając gniewne oczy chłopaka. Pociemniały, będąc nadal rozpalone.
Oparł napięte ramie o ścianę, czując na nim krople wody. Oddychał, jakby to był jego ostatni oddech. Czuł że jest jak granat który zaraz eksploduje.
Stał nagi, pośród wody o odcieniu lekko różowym. Jego ciało zostało już oczyszczone, jednak brutalne wspomnienia nie zostały wymazane. Potwór żył, dawał o sobie nieustannie znać.
Zacisnął usta, odchylając głowę w bok jakby naprzeciw niego było coś czego nie chciał zobaczyć.
Tak... w płytkach którymi wyłożona była łazienka widział samego siebie.  To tego człowieka tak bardzo sie bał.
Spuścił wzrok na swoje stopy, czując jak gorący jest jego oddech i jak szybko płynie krew w żyłach.
„Nie dam sie pokonać” myślał. „Nie dam sie pokonać”
Sapnął, ostatni raz.
„Nie dam sie pokonać”
Energia wzrosła w nim do maksimum, wywołując wybuch.
- KURWA! – wrzasnął, jakby obdzierano go ze skóry. Zapłakał, łzy zmieszały sie w wodą.
Trzymając zaciśniętą pięść na ścianie, spostrzegł brązowawą ciecz wydostającą sie z nadgarstka. Przyzwyczajony do tego widoku, opłukał tylko ręke. „Nikt nie zauważy” wyszeptał, pewny siebie.
- Jutro idziemy do Jenny – usłyszał zdecydowany ton swojego brata. Michael stał w drzwiach, wogóle nieskrępowany nagością Matta.

- Czyli naprawde jest ze mną tak źle – przyznał w końcu, sam przed sobą, Matt Tuck. 

Cześć. Jak, wciągnęliście sie w opowiadanie? Mam nadzieję że tak. Zapraszam do czytania i komentowania :)
3 kom - next